10 koreańskich potraw, za które Twoje podniebienie Ci podziękuje (część druga)


Wracam z pozostałą listą koreańskich smakołyków. Z tą listą dziesięciu potraw, które tutaj polecam, nie musisz się martwić o swoje kubki smakowe i zmarnowaną kasę. Ubierz tylko dobre nieobciskające dresy, bo możesz zechcieć poprosić o dokładkę. 
 
Nie popełniajmy też drugi raz tego samego błędu i tym razem zjedzmy coś, zanim się weźmiemy za lekturę! 😉 

5. 김치찌개 Kimchijjigae 

Jeżeli interesujecie się chociaż trochę Koreą albo samą kuchnią azjatycką, to na pewno kimchi nie jest Wam obce. Mało z Was może jednak wiedzieć, że kimchi nie występuje tylko w wersji z ukwaszonej na ostro kapusty pekińskiej – każda kiszonka, nawet ta w wersji łagodnej będzie w Korei określana mianem kimchi. Kimchi to już temat na zupełnie oddzielny post, więc wróćmy do naszej bohaterki kimchijjigae, czyli – zupy na bazie kimchi. W skład wywaru na kimchijjigae wchodzi najczęściej mięso wieprzowe, które nadaje jej tego tłustego i głębokiego smaku, pasta z chili – gochujang i woda z kimchi. W zupie pływa: kimchi, mięsko i tofu. Z kimchijjigae jak z bigosem, im więcej razy odgrzewana, tym smaczniejsza, dlatego moim zdaniem najlepiej smakuje w wersji domowej, ale te w restauracjach też są niczego sobie 😉 Dobra kimchijjigae powinna być porządnie kwaśna i ostra z umiarem. Najłatwiej ją dostać we wcześniej wymienionych kimbapowych rajach albo knajpkach z bbq (ceny wahają się od 6,000~8,000 won, do 24zł). W miejscach, specjalizujących się w kimchijjigae dostaniecie ryż w dużej misce. Wymieszacie go z pokruszonymi glonami i tym, co udało Wam się wyłowić z zupy. Taki sposób jedzenia polecam najbardziej, chociaż znowu rozchodzi się tutaj o wspólną michę (jest podawana w dużym garnku na palniku – wersja „płać, ale gotuj sam”). 

6. 짜장면 Jjajangmyeon 

Tak zwany jjajangmyeon to „koreańska chińszczyzna”. Dlaczego? Bo ma niewiele wspólnego z prawdziwym chińskim jedzeniem. Może mieliście już do czynienia z 짜파게티 jjapagetti, czyli jjajangmyeonem w jego instant wersji? Musicie wiedzieć, że prawdziwy jjajangmyeon smakuje o niebo lepiej! Makaron z sosem jjajang może na pierwszy rzut oka odstraszać swoim czarnym zabarwieniem, którego nadaje mu pasta z czarnej soi. Oprócz pasty, w sosie można znaleść dużo cebuli i małe kawałki wieprzowiny. Sos jest mocno słony, ale nie bardziej niż sosy znane nam z kuchni polskiej 😉 Przed jedzeniem warto poprosić o nożyczki i przeciąć sobie makaron, bo można się nieźle namęczyć z wciąganiem makaronu w oryginalnej długiej wersji (i Koreańczycy też tak robią, więc wsi nie będzie). Do jjajanga podadzą Ci marynowaną na żółto rzepę i surową cebulę. Jeżeli odwiedzacie knajpkę w co najmniej dwie osoby, to domówcie sobie koniecznie 탕수육 tangsuyuk, czyli panierowaną wieprzowinę w słodko-kwaśnym sosie (polecam najmniejszą porcję, bo i tak będzie duża). Jjajangmyeon jest jedną z tańszych potraw w Korei, a jego ceny wahają się od 4,000 do 8,000 won. 

7. 불고기 Bulgogi 

Nazwa bulgogi oznacza w dosłownym tłumaczeniu ogniste mięso. Jest to ultra cieńko pokrojone mięso wołowe lub wieprzowe, zamarynowane na słodko. Mówią, że bulgogi należą do dań najbardziej ukochanych przez obcokrajowców, ale czy ja wiem? Mnie na początku odrzucał fakt, że w kuchni koreańskiej używa się sporo cukru i wiele potraw jest „cukierkowych” (wyobraźcie sobie bagietkę z czosnkiem na słodko – mój koszmar po dziś dzień, albo hot-doga obtoczonego w cukrze). Tak czy inaczej bulgogi to jedno z dań reprezentujących Koreę, a i ja się w końcu do słodkości, w „konkretnym wydaniu”, przekonałam, więc polecam! Ciężko jest znaleźć miejsce z typowymi bulgogi w formie bbq i przysmak ten jest dość kosztowny. Dlatego polecam 뚝불 ddukbul, czyli bulgogi we wcześniej wymienionej kamionce – 뚝배기 ttukbaegi – gotowane w ciepłym wywarze z makaronem sojowym. Jest dużo łatwiej dostępny, tańszy i moim zdaniem smaczniejszy 😉 

8. 파전&막걸리 Pajeon + Makkolli 

Pajeon i Makkolli przenosi nas pod parasolkę. Jest to menu, które nasuwa się Koreańczykom na myśl w deszczowe dni. Dlaczego? Nie wiem 😀, a to co udało mi się wyguglować, to jakieś dziwaczne teorie, więc pomijam. 

Więc czym jest ta tajemnicza para: pajeon i makkoli? Pajeon to nic innego jak zwykły placek z porem (파 pa, w nazwie oznacza pora, a 전 jeon, to sam placek). Makkolli to mętne wino na bazie sfermentowanego ryżu. Już taka to tradycja, że spożywa się je razem. Placków jeon jest wiele odmian i ja (jako że jestem antyporowa) polecam bardziej 김치전 kimchijeon, 해물파전 haemulpajeon – placek z owocami morza albo 부추전 buchujeon, czyli placek ze szczypiorem. Knajpki z plackami mają swój specyficzny klimat, który często przenosi nas w czasie do dawnej Korei. 

9. 떡튀순: 떡볶이, 튀김, 순대 Teokbeokki, Thwikim, Sundae

Tteokbeokki, o których już wspominałam przy gimbapie, cieszą się dużą popularnością szczególnie wśród koreańskiej młodzieży, ale nie tylko 😉 Te przypominające kopytka kluski ryżowe (mogą być też zrobione na bazie mąki), mają swoich nieodłącznych przyjaciół w postaci: sundae – koreańskiej wersji kaszanki wypełnionej zamiast kaszy makaronem, oraz thwikim, czyli różnorodności smażonych w głębokim oleju. Najlepiej zamówić je właśnie w takim komplecie i całość jeść, maczając w ostrym sosie głównego dania – tteokbeokków. Do kaszaneczki podają gotowaną na parze wątróbkę (najczęściej pytają, bo nie wszyscy tutejsi lubią wnętrzności). Rarytasy głęboko smażone to głównie: batat, kałamarnica, papryczka, zlepek warzywny lub mały rolls wypełniony makaronem sojowym. Tteokbeokki tak jak wiele innych koreańskich potraw (pewnie zdążyliście już zauważyć) można też dostać w wersji, w której gotuje się je sobie samemu, na palniku w dużej brytfannie. W knajpkach serwujących je w takiej formie można domówić ulubione składniki i często wybrać też rodzaj sosu (znane mi dostępne wersje to: karbonara albo jjajang). 

10. 칼국수 Kalguksu 

Ostatni bohater tej uczty to kalguksu – zupka z mącznym makaronem. Klasyczna wersja kalguksu będzie wywarem z małż z zatopionymi w nim małżami, cukinią i wspomnianym makaronem. W tym wydaniu można by to danie uznać za taki „skoreańszczony rosołek”. I pomimo tego, że i tak jest dobry (gluten power!), to chcę polecić Wam dużo bardziej złożoną potrawę, w której skład kalguksu także wchodzi – 샤샤브샤브 shabu-shabu. Tutaj znowu zasiadamy ze wspólnym garnkiem na palnikach, ale za to z uśmiechniętą, na widok zastawionego warzywami i mięsem stołu, gębą. Shabu-shabu to potrawa rodem z Japonii, ale oczywiście w Korei przyjęła już swoje własne kształty. Na stole w restauracji z shabu-shabu stoi przed nami podgrzewana miska z wywarem, talerz pełen warzyw, osobny talerz z mięsem, makaron do kalguksu, ryż z surowym jajkiem i sosy. Jest to danie wieloetapowe, gdzie najpierw gotujemy warzywa, potem dodajemy do nich po kawałku mięsa (są też wersje z owocami morza) i delektujemy się ich świeżo ugotowanym smakiem, doprawionym sosami. Jak już zjemy mięso i większość warzyw, dodajemy makaron kalguksu. Wywar robi się mocno mączny, nasycony smakiem jarzyn i mięsa. A kiedy już pękają nam brzuchy i myślimy, że to koniec (bo tak by nawet wypadało), na stół wchodzi ryż, który jest mieszany z resztkami wywaru i jajkiem. Jest on lepszy niż jakiekolwiek risotto, które miałeś okazję spróbować, więc mimo pękających w szwach spodni, będziesz jadł do upadłego.

Czy zrobiona przeze mnie lista brzmi zachęcająco? A może Wam mało? Może macie większe żołądki i szersze dresy i potrzeba Wam dodatkowych propozycji? Dawajcie znać, na którą z 10-ciu potraw narobiłam Wam najbardziej smaka! 😉  

10 koreańskich potraw, za które Twoje podniebienie Ci podziękuje (część pierwsza)


Tym postem zaczynam serię artykułów, które pomogą Wam poznać Koreę bliżej. Nie tylko od strony kuchni. Zależy mi głównie na tym, żeby być pomocną osobom, które planują przyjazd do Korei i nie wiedzą, z której strony go ugryźć. Uważam, że byłoby wielkim osobistym kataklizmem zmarnować tak daleką i niemało kosztowną podróż na jedzenie niesmacznych posiłków czy zwiedzanie nieciekawych miejsc (nawet na picie niedobrej kawy)! Tym, którzy nie planują podróży do Korei, ale chcą się po prostu dowiedzieć o niej więcej, też się przyda trochę koreańskiej kultury “na ząb”. 

W wyborze 10 koreańskich potraw, za które Wasze podniebienie Wam podziękuje, a kubki smakowe zaczną tańczyć niczym na dźwięk BTSowych hitów, pomogła mi „lista 40 potraw, bez których Koreańczycy nie potrafią żyć” i moje osobiste preferencje 😉

1. 비빔밥 Bibimbap

Zacznę od czegoś, co powinno zasmakować każdemu, wizualnego mistrza na koreańskim stole – bibimbap. Ta kolorowa, niczym koreański tradycyjny strój, potrawa jest jednym z moich ulubionych koreańskich dań, nie tylko ze względu na swoje walory smakowe. Jest też zdrowa i stosunkowo tania (w restauracji powinna Cię kosztować pomiędzy 7,000~8,000 won, około 21~24 zł). 비빔 bibim oznacza mieszanie, a 밥 bap ryż. Kalkulacja jest więc prosta – jest to „zmieszany ryż”. Tym, co się miesza z ryżem i nadaje bibimbapowi pięknego ubarwienia są: różnego rodzaju warzywa, kiełki i osadzone majestatycznie w samym środku – jajko sadzone (z płynnym żółtkiem). Nie można też zapomnieć o 고추장 gochujang – paście z papryczek chilli, którą należy dokładnie wmieszać w ryż razem z warzywami. Jest ona podawana zazwyczaj osobno lub leży na stole w butelce, która przypomina keczup, ale zdarza się, że dodają ją do ryżu, więc tym z Was, którzy są nieodporni na ostrości, polecam upewnić się, że dostaną pastę w osobnej miseczce i wymieszać ją w odpowiedniej dla Was proporcji. Jedzenie bibimbapu bez pasty i dodatku oleju sezamowego byłoby przestępstwem smakowym. Jeszcze większym przestępstwem, którego dopuszcza się wielu obcokrajowców jest jedzenie bibimbapu przed wymieszaniem składników, a jeżeli będziecie go jeść pałeczkami a nie łyżką, zostaniecie uznani za zwykłego turystę, który nie ma większego pojęcia „co z czym i jak”. 

Wersji tej potrawy można spotkać setki i choć Wikipedia opisuje ją jako potrawę mięsną z dodatkiem pokrojonej drobno wołowiny, zapewniam Was, że dużo łatwiej jest dostać jej bezmięsną wersję. Dlatego klasyfikuję ją jak potrawę wege. Bibimbap jest też dostępny w dwóch rodzajach misek: w metalowej misce albo tak zwanym — 뚝배기 ttukbaegi, glinianym naczyniu, które utrzymuje ciepło przez długi czas. Bibimbap jedzony z ttukbaegi nie stygnie łatwo, więc nie polecam go „potliwym”. Do bibimbapu dostaniesz kimchi, którego możesz się najeść do woli, ponieważ w Korei wszystkim przystawkom przysługuje dokładka. Te, co fajniejsze miejsca podają do potrawy jakiś rodzaj zupy (ja uwielbiam miyeokguk – zupę z glonów miyeok, w Polsce znanych jako wakame). 

2. 김밥 Gimbap 

Gimbap uznany byłby w Polsce za sushi, a dokładniej za rollsy – maki. W Korei jednak gimbap to gimbap, a sushi to sushi. Gimbap można znaleźć na każdym rogu ulicy, najczęściej w 김밥천국 Gimbapcheonguk, czyli dosłownie „gimbapowym raju” — knajpkach z tanim jedzeniem, lub w osobnych gimbapowniach (koszt jednej rolki to około 3,000~4000 won, 9~12zł).
Gimbap różni się od rollsów tym, że w jego skład wchodzą głównie warzywa, więc jest idealny dla wegetarian (oczywiście są też wersje z mięsem, więc warto porządnie przeskanować menu albo, w razie braku angielskojęzycznej wersji, po prostu zapytać). Jako dodatek dostaje się najczęściej kimchi i 단무지, czyli marynowaną i zabarwioną na żółto rzepę. Gimbap je się pałeczkami, po kawałku na raz i bez zanurzania w sosie sojowym (ja lubię położyć na kawałek gimbapa kimichi i chapnąć w całości). Jeżeli jecie we dwójkę to polecam zamówić dodatkowo 비빔면 bibimmyeon (zimny makaron na ostro, zazwyczaj bez mięsa, ewentualnie może być nim udekorowany) albo 떡볶이 tteokbeokki (ja je nazywam ryżowymi kopytkami z pikantnym sosem) – dla tych z ognistymi kubkami smakowymi. Dla tych mniej odważnych proponuję 갈비만두 galbimandu – mięsne pierożki.  

Uwaga: do wielu gimbapów dodają liścia perilla , który ma specyficzny zapach (ja go unikam, jak mogę), więc jeżeli się okaże, że Ci nie smakuje, to po prostu przy następnym zamówieniu poproś o gimbap bez 깻잎 ggaenip. 

3. 삼겹살 Samgyeopsal 

Samgyeopsal, tu już coś mocno mięsistego – koreańskie grillowanie. Sam samgyeopsal to nic innego jak boczek wieprzowy.

Możesz sobie od razu pomyśleć, że oznacza to dużo tłuszczu i mało mięsa? Niby tak, ale w całej kombinacji, w jakiej jest konsumowany, zapewniam, że to coś więcej niż zwały tłuszczu. Samgyeopsal czy też inny rodzaj mięsa, jaki można dostać w koreańskiej „grillowni”, smażysz sobie najczęściej sam (są miejsca, gdzie pomaga w tym personel). Najpierw kładziesz cały kawałek mięsa na grill, a po podsmażeniu go, tniesz nożyczkami na małe kawałeczki. Tak podsmażony kawałek mięsa maczamy w sosie 쌈장 ssamjang (쌈 oznacza zawijanie, czyli jest to „sos do zawijania”), kładziemy na liściu sałaty, dodajemy według uznania: kimchi (można podsmażyć na krawędziach grilla), podsmażony lub surowy czosnek, inną zieleninkę, która znajduje się na stole (opcjonalnie ryż) i takie całe zawiniątko wkładamy na raz do ust (przestępstwem jest je przegryzać!). Do mięska powinni Wam podać 된장찌개 doenjangjjige (zupę ze sfermentowanej fasoli, najczęściej na bazie małży, ale może być z dodatkiem mięsa), która zazwyczaj wjeżdża na stół jedną miską i może budzić kontrowersje. W Korei to normalne, że je się całą bandą z jednej miski i mimo że po Covidzie może się sporo zmienić, ostrzegam na zapas (zawsze można sobie domówić kolejną porcję). Polecam zamówić dodatkowo 계란찜 gyeranjjim, czyli jajko spieniane na parze. Przy zamawianiu trzeba zwrócić uwagę na to, że cena za około 150~200g mięsa jest ceną od osoby i zamówienie należy złożyć według liczby osób siedzących przy stole. 

4. 삼계탕 Samgyetang 
 

Samgyetang to jedna z potraw leczniczych, czyli takich, które poleca się na osłabienie organizmu. Nic dziwnego, bo to prawdziwa bomba odżywcza – cały kurczak zatopiony w wywarze zrobionym na bazie składników koreańskiej medycyny naturalnej, takich jak żeń-szeń, jujuba, imbir. Kurczak nadziewany jest kleistym ryżem, a częstym dodatkiem do potrawy jest 인삼주 insam-ju, czyli żeńszeniowa wódeczka serwowana przed posiłkiem. Samgyetang podawana jest w wyżej wymienionym ttukbaegi, więc trzeba uważać, żeby na starcie nie oparzyć sobie podniebienia. W Korei wierzy się, że gorąc zwalcza się gorącem, dlatego zupa ta jest szczególnie popularna w najgorętsze dni roku (초복 chobok , 중복 jungbok , 말복 malbok ), które mają wyznaczone osobno daty w kalendarzu księżycowym. Warto takich dni unikać, bo restauracje serwujące samgyetang są zatłoczone. 

5. 치맥 chimaek, czyli 치킨 chicken & 맥주 maekju (piwo) 

Kto nie spróbował koreańskiego smażonego kurczaka, nie może powiedzieć, że jadł prawdziwego smażonego kurczaka! Koreę możnaby było nawet nazwać krajem kurczaka. Jest to jeden z najukochańszych przysmaków Koreańczyków. Nic więc dziwnego, że „kurczakowni” w Korei jest prawie tyle, co kawiarni (a Korea to kraj 1001 Kawiarni). Większość z nich specjalizuje się w sprzedaży na wynos, ale jest też dużo miejsc, gdzie można usiąść z kurczakiem i kuflem piwa. Jeżeli myślisz, że kurczak z KFC jest dobry, to tylko dlatego, że nie byłeś w Korei – kraju, gdzie największe gwiazdy telewizji stają się oficjalnymi twarzami marek „kurczakowych”. W Korei kurczak najlepiej smakuje zamówiony na dowóz podczas piknikowania nad rzeką Han (wtedy piwo należy nabyć wcześniej w jednym z pobliskich sklepików). Przy zamawianiu kurczaka ma się najczęściej opcję, żeby zamówić go „pół na pół” — najlepsze połączenie to pół kurczaka zwykłego panierowanego i pół tego w ostro-słodkim sosie, który wcale taki ostry nie jest (przy zamówieniu powiedz: 후라이드반양념반, czyt. huraidyban – jangnjomban). Do wyboru są wersje z kośćmi (cały kurczak w kawałakach) lub bez kości (białe mięsko). Do kurczaka podają pokrojoną w kosteczki marynowaną rzepę w zalewie – ma to zredukować uczucie tłustości podczas posiłku, na co Koreańczycy są bardzo wyczuleni (taką funkcję m.in. pełni też kimchi, a w koreańskich restauracjach z włoskim jedzeniem słodkie pikle podawane do spaghetti). Kolejna forma smażonego kurczaka, która jest czystą przyjemnością dla podniebienia to 닭강정 dakgangjeong – mięso z kurczaka (bez kości) panierowane, głęboko smażone i dodatkowo podsmażane na gorącym blacie z różnego rodzaju sosami. Dakgangjeong sprzedają tylko na wynos, najczęściej na targach albo w budkach z ulicznym jedzeniem.  
 
Jesteście ciekawi kolejnych koreańskich przysmaków? Ponieważ zaśliniłam się przy pisaniu i pora, żebym wrzuciła coś na ząb, zakończę dzisiejsze bazgrolenie na kurczaku, a resztę potraw opiszę w kolejnym poście. Wam też życzę smacznego! 🙂

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ DRUGA)

PERŁA I WILKI


Minho leżał na łóżku na wpół nagi z rękami splecionymi pod głową, wpatrując się w sufit. Spojrzał na telefon, leżący na stoliku obok, aby upewnić się tylko, że znowu obudził się przed budzikiem. Zegarek wskazywał piątą rano. Westchnął głośno i ponownie skierował wzrok na sufit, myśląc o tym, co mu się przyśniło. Znowu ten sen. Zgraja wilków goniąca za nim przez las. W końcu wpada w wielką dziurę wydrążoną w ziemi, a wilki otaczają go, wyjąc i warcząc. Zawsze budzi się w momencie, kiedy jeden z wilków próbuje do niego skoczyć. Sen zaczął pojawiać się po tym, jak dostał pracę w jednej z większych korporacji – prestiżowe stanowisko, nie ukrywając, będące w dużej mierze zasługą znajomości jego ojca. Wyglądało to tak: codzienne nadgodziny, praca w weekendy, częste kolacje firmowe i picie do białego rana, po czym szybki prysznic na rozbudzenie i znowu praca. Jednym słowem kołowrotek i brak czasu na to, żeby nawet wydać zarobione pieniądze. To właśnie, już od pięciu lat, była codzienność Minho.
Dorastał w bogatej rodzinie. Jego ojciec był szefem dużego przedsiębiorstwa, więc mógł zapewnić mu wszystko: najlepszą edukację, dodatkowe lekcje u drogich korepetytorów, studia na prestiżowej uczelni za granicą. Na szczęście Minho od dzieciństwa sam z siebie był żądny wiedzy, chętnie czytał, a nauka nie sprawiła mu większego kłopotu. Zawsze był wdzięczny rodzicom za wysiłek włożony w jego wychowanie, dlatego był bezproblemowym synem, zgadzającym się, w większości spraw, z ich decyzjami. Po bankructwie firmy ojca, chłopak stał się w pewnym stopniu odpowiedzialny za utrzymanie poziomu ich życia. Chciał im zapewnić byt w podobnym standardzie jak dawniej i był gotów podjąć się wielu wyrzeczeń. Miał plan, by szybko wspiąć się po szczeblach kariery i dzięki doświadczeniu, które zdobędzie, otworzyć w końcu, własną firmę. Przynajmniej tak mu się wydawało na samym początku. Minho był trochę idealistą i miał skłonność do przeceniania swoich możliwości. Cóż, do tej pory jego życie było usłane różami. Nie miał większych powodów do zmartwień i narzekania. Myślał, że samo bycie niezależnym finansowo mogłoby go w pełni usatysfakcjonować i że spełnianie oczekiwań rodziców to jego pierwszorzędny obowiązek. W końcu był jedynakiem z dużym poczuciem odpowiedzialności za rodzinę. Nie wiedząc jednak czemu, stracił zapał szybciej, niż myślał. Życie w hierarchii koreańskiej korporacji dało mu się we znaki i po pięciu latach za biurkiem czuł, że wypalił się do ostatniej iskierki. Musiał przystopować.
Cały czas wpatrując się w sufit, sięgnął znowu po telefon i włączył swoje ulubione hawajskie melodie, które potrafiły go chociaż trochę zrelaksować, przypominając mu czasy studiów i wypady na surfing, na Hawaje. Wracał myślami do wiatru we włosach i chwil beztroski, kiedy nie musiał się martwić o to, co będzie dalej. Obracając się na bok, poczuł nagle zapach jaśminu unoszący się z poszewki – zapach szamponu Riny, który został po nocach spędzonych razem. „No tak, znowu zapomniałem, żeby ją wyprać”, pomyślał.
Rozstał się z Riną już prawie dwa tygodnie temu, ku wielkiemu sprzeciwowi rodziców, a w szczególności mamy, która niemal wybrała mu partnerkę, swatając go z córką dobrze ustawionych znajomych. Oczywiście nie zdecydowałby się na związek z nią, gdyby nie była w jego typie. Była bardzo ładna, choć nie naturalnie piękna, a raczej wyrzeźbiona zgrabną ręką i skalpelem chirurga: gęste błyszczące włosy, biała cera, wysoki nos, duże usta, duże oczy. Figurę miała niczym dziewczyna z Maxima: duże piersi, podniesione pośladki, klepsydrowa talia – jednym słowem ideał koreańskiego standardu urody. Czy mogło mu to przeszkadzać? Nie, oczywiście na początku był nią oczarowany. Rina nie tylko była idealna. Wydawało się też, że mają dużo wspólnego. Lubili te same filmy, muzykę, lubili chodzić na siłownię, wyrośli w podobnym elitarnym otoczeniu i obydwoje doświadczyli życia w USA. Nic więc dziwnego, że szybko pomiędzy nimi zaiskrzyło, a ich rozmowy skupiły się na planowaniu wspólnej przyszłości. Rina lubiła też mamę Minho i w bardzo umiejętny sposób potrafiła jej się przypodobać, najczęściej drogimi upominkami i zapraszaniem jej do najlepszych spa. Jej ojciec był milionerem, więc Rina spała na fortunie. Luksusowe marki, najdroższe samochody, penthouse w samym centrum Gangnamu10, prywatni trenerzy fitness i zabiegi kosmetyczne były dla niej codziennością. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze idealnego faceta. Minho spełniał jej wymagania: był wysoki i przystojny, miał pełne usta, nieco orli nos, lekko skośne, ciemnobrunatne oczy, z których jedno miało bardziej opadniętą powiekę niż drugie i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Jego wyjątkowo szerokie barki dodawały kształtu jego muskularnej sylwetce. Nie zaliczał się może do seulskiej elity, ale pracował w renomowanej firmie, był dobrze wychowany i inny niż reszta zadufanych w sobie chłopaków z jej otoczenia – był po prostu dobrym człowiekiem, o dobrych wartościach. Pieniądze nie były dla niego wszystkim. Rina miała dosyć na koncie, żeby nie martwił jej status finansowy partnera. Minho też nie przeszkadzało to, że Rina była znacznie bogatsza od niego, a widząc troskę dziewczyny o jego rodziców, był pewien, że dzięki niej w pewnym stopniu będzie mógł zre- kompensować rodzicom to, co zostało im odebrane po bankructwie firmy ojca.
Na początku ich związek sprawiał wrażenie idealnego. Byli jak typowa instagramowa para. Po pewnym czasie ten układ zaczął wykańczać go równie mocno, jak korporacyjny wyścig szczurów. Wiedział, że długo nie pociągnie w relacji, w której przestał się odnajdywać. Postanowił zadbać wreszcie o siebie i odciążyć głowę. Na pierwszy odstrzał poszła Rina. Nie była to dla niego łatwa decyzja, ale wiedział, że dla dobra wszystkich potrzebuje od niej odpocząć. On też już nie był taki słodki i uroczy jak trzy lata temu – na początku ich związku. Ciągle przemęczony nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom wobec randek i czasu spędzanego razem. Męczyło go jej ciągłe kry- tykowanie innych i narzekanie na wszystko, mimo że przecież miała więcej, niż ktokolwiek i kiedykolwiek mógłby sobie nawet zamarzyć. Coraz bardziej przeszkadzało mu to, że przechwa- lała się swoim statusem, swoim wykształceniem – również kupionym jej przez rodziców. Z czasem sama jej uroda przestała być wystarczająca, a wręcz zaczęła razić go swoją nienaturalnością: sztucznie wyrzeźbione ciało, twarz lalki, laminowany uśmiech na zawołanie, wymuszona grzeczność, pogardzanie innymi, brak tematów do rozmów – lista argumentów przeciw wspólnemu życiu z dnia na dzień robiła się coraz dłuższa.

Coraz dotkliwiej czuł, że jako wysoki przystojniak jest dla niej po prostu dodatkiem do drogich ubrań i dobrą bazą genów dla ich przyszłych dzieci. Przy rozstaniu były łzy, awantura i szantaż, ale Minho postawił w końcu na swoim. Czuł się z tym lepiej. Zyskał czas na czytanie książek. Stracił nagrzaną pościel i zapach jaśminu unoszący się w sypialni, gdy budził się nad ranem.
Minho sięgnął po telefon. Odruchowo sprawdził portal z wiadomościami ze świata, „kolejny powód do bólu głowy”. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech. „Może i zostało mi jeszcze kilka piekielnych dni podlizywania się przełożonym, ale już niebawem to wszystko się skończy”, pomyślał. Nowy rozdział w jego życiu wreszcie się zacznie, skończą się nocne pogonie wilków, a on nabierze sił na nowy start i odnajdzie swoje prawdziwe pragnienia, czyli to, co zawsze kryło się pod powłoką wymagań rodziców.


10. Gangnam  – jedna z  dwudziestu pięciu dzielnic Seulu, położona w  połu- dniowo-wschodniej części miasta, znana z wysokiego poziomu bogactwa i standardu życia.

MÓW MI HAENYEO


CZYLI HISTORIA “KOBIET MORZA”, CZĘŚĆ PIERWSZA

Można się nie domyślić, chociażby po samej głównej stronie bloga, że jestem zafascynowana kobietami morza – haenyeo (wstęp o haenyeo znajdziesz w poście „Wiatr, kamień, kobieta”). W dzisiejszym bazgroleniu opowiem Wam więcej o tych tajemniczych bohaterkach.  

http://blog.daum.net/hikyunga
http://blog.daum.net/hikyunga

W totalnym skrócie – haenyeo to kobiety nurkujące za owocami morza bez butli tlenowych i innego typowego nurkom osprzętowania. Jest to zawód, który ma korzenie w Korei Południowej (na wyspie Jeju), chociaż haenyeo zaczęły także migrować do Władywostoku, na wybrzeża Chin i Japonii. Niektóre z nich potrafią zanurkować na głębokość do dwudziestu metrów i wstrzymać oddech nawet do trzech minut. Czy nie czyni ich to prawdziwymi żyjącymi syrenami?  

Wspominki o haenyeo sięgają już 삼국사기 (Kronika trzech królestw) – najstarszego z zachowanych zabytków koreańskiego piśmiennictwa historiograficznego z 1145 roku. W tekstach z tego okresu możemy znaleźć między innymi „zakaz pływania haneyeo – topless”, co może świadczyć o tym, że Korea kilkaset lat temu była mniej konserwatywna, jeżeli chodzi o ubiór, niż współcześnie (o tym, jak strój haenyeo ewoluował na przestrzeni wieków, napiszę kiedy indziej).   

Haenyeo wyławiają głównie 전복 słuchotki,  소라 konchy (morskie ślimaki), 해삼 jeżowce, różne odmiany glonów, a także ośmiornice i czasami ryby. Pomagają im w tym różnego rodzaju haczykowate narzędzia i harpuny, a ich znakiem rozpoznawczym są jaskrawo-pomarańczowe boje na tafli morza, do których przymocowane są ich sieci. Są one wypełnione styropianem z odzysku, bo haenyeo to też przodowniczki koreańskiej ekologii, a posuwając się dalej, nawet koreańskiego eko-feminizmu (o, którym to zagadnieniu, też rozpiszę się innym razem). 

“Kiedy raz zostajesz haenyeo, już na zawsze pozostajesz haenyeo”

Haenyeo nie zostawało się, do końca z wyboru. Był to zawód dziedziczny – matka haenyeo – córka haenyeo, teściowa haenyeo – synowa haenyeo itd. Dziewczynki w wieku od około siedmiu lat uczono pływać i zanurzać się pod wodę. W wieku dwunastu lat zaczynały już głębsze nurkowanie z boją na powierzchni, a w wieku piętnastu lat, połowy jako haenyeo. Jednak, żeby móc być nazwaną haenyeo wyższej rangi, czyli tą mistrzowsko penetrującą dno i wyławiającą kilogramy muszli na jednym wdechu, trzeba było nabierać wprawy przez lata. Dopiero w wieku trzydziestu, a nawet czterdziestu lat haenyeo są w szczycie swoich możliwości.  

https://iphostory.tistory.com/

Najstarsze obecnie haenyeo są czynne w zawodzie do wieku nawet ponad dziewięćdziesięciu lat i łatwiej im się poruszać w wodzie niż na lądzie. Korea ma co prawda kiepski system emerytalny, jednak haenyeo to dość opłacalny zawód, więc zamartwianie się o kwestie materialne to nie główny powód, dla którego babcie haenyeo wracają do wody. Dla haenyeo morze jest nie tylko źródłem dochodów, ale jak twierdzą – to też ich matka i „coś”, z czym czują się jednością. Uważam zatem, że nie powinno się im szczędzić tytułu – jedynych na tym świecie „niemitycznych syren”! 

W 2016 roku haenyeo zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO, mimo to ich liczba z roku na rok maleje. W latach 70-tych było aż 14 tysięcy czynnych zawodowo kobiet morza, podczas gdy obecnie liczbę tą szacuję się na niecałe 4 tysiące. Średni wiek też dramatycznie się podniósł – z 55% haenyo, będących w przedziale wiekowym 30~49 lat, do 59%, będących w wieku ponad 70 lat.  

Zawód może wydawać się ciężki, ale który nie jest? Za to, ile w nim magii! Bycie haenyeo oznacza życie w zgodzie z naturą i bycie częścią jedynego w swoim rodzaju ekosystemu. To wyraz miłości do morza, do rodziny, a także do wiejskiego społeczeństwa, którego są częścią i podporą.

Może któraś z Was jest chętna na zostanie pierwszą polską syrenką?  😉


Źródła: wikipedia, theme.archives.go.kr, Muzeum Haenyeo – https://www.jeju.go.kr/haenyeo/index.htm

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ PIERWSZA)

PERŁA I WILKI


Promienie słoneczne wdarły się poprzez cienkie poliestrowe zasłony, rozjaśniając wnętrze małego skromnego pokoju, w którym na wpół rozbudzona Hemi1 leżała na cienkim materacu na podłodze. To nie słońce ją zbudziło, a wiatr gwałtownie obijający się o szyby. Mimo że mieszkała tu od kiedy sięga pamięcią, zawsze odnosiła wrażenie, że pewnego dnia cienkie szkło przegra z siłą nadmorskiego wiatru.
Budzik wskazywał dopiero szóstą nad ranem i jej ciało wciąż tkwiło w pozycji na wznak. Jednak jej myśli były już daleko poza zasięgiem ludzkiego oka – w otchłaniach morza.
Nurkując coraz niżej ku dnie oceanu, zobaczyła nagle bijącą skądś światłość. W bardziej pogodne dni zdarzało się, że promienie słońca, przebijając głębiny morskie niczym ostrze sztyletu, odbijały się gdzieś od odpadków spoczywających na dnie i migotały blaskiem. Hemi miała nawet w zwyczaju wyławiać takie odpadki, przez co dorobiła się ksywki „podwodnej sprzątaczki”. Tym razem jednak oślepiająca ją jasność była jakaś inna. Z narastaniem światła usłyszała dobiegające z głębi szepty. Głosy zdawały się mówić:
– Ależ to piękne! To prawdziwy skarb! Ten, który to wyłowi, stanie się bogaczem.
Kierując się w stronę odgłosów i podążając śladem promieni, dostrzegła w końcu zarys wyszeptanego z otchłani skarbu – lśniącej masą perłową ogromnej małży, otwartej na tyle, że można było ujrzeć skrywającą się w niej, nadzwyczajnych rozmiarów, perłę. Mogła być ona nawet wielkości jej dłoni. „O tak! W końcu lata spędzone na penetrowaniu morza na coś się przydały!”, pomyślała Hemi i popłynęła trochę szybciej w stronę dna, skąd wzywał ją skarb morza. Im bardziej zbliżała się do muszli, tym wyraźniej widziała, jak drogocenna i piękna ona jest. Wystarczyłaby na utrzymanie jej mamy i babci oraz na spełnienie swoich „zacnych planów”.
Płynęła powoli i rytmicznie, żeby nie forsować ciała, ale już czuła kłucie w piersiach i narastający ból głowy. Postanowiła jednak wytrzymać jeszcze kilka sekund i spróbować podpłynąć bliżej. Niestety ból stał się na tyle nie do zniesienia, że musiała wynurzyć się, by zaczerpnąć na nowo powietrza. Wzięła głęboki wdech i zanurkowała ponownie. Tym razem wiedziała, że wystarczy płynąć prosto w dół. Kierując się w głąb oceanu, zdała sobie sprawę, że bijący wcześniej z otchłani blask gdzieś zaniknął. Płynęła i płynęła, aż dotarła do dna, gdzie czekało na nią tylko kilka skałek porośniętych glonami. Była pewna, że wcześniej widziała pomiędzy nimi skarb morza. „Czyżby per- ła została porwana z prądem morskim?”. Na resztkach tlenu opłynęła całą okolicę, ale śladu perły nie odnalazła. Pod presją braku oddechu, który już silnie odbijał się na jej płucach, musiała zaniechać dalszych poszukiwań. W panice kierując się ku powierzchni wody, czuła coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej. Była już tuż, tuż – niemal pod samą taflą –, gdy nagle otworzyła oczy wyrwana z wycieńczającego ją snu.
Ciepłe promienie słoneczne wkradały się do pokoju, a wiatr wciąż obijał się o szyby. Hemi znowu dała się porwać zmęczeniu i na chwilę zapadła w sen.
Nie był to pierwszy raz, kiedy jej się ten sen przyśnił. Pojawiał się, od kiedy skończyła dwadzieścia lat, a ostatnio śnił jej się z coraz większą częstotliwością i wydawał się coraz bardziej realny. Za każdym razem po przebudzeniu przepełniało ją dziwne, słodko-gorzkie uczucie. Tak, jakby coś, o czym zawsze skrycie marzyła, zostało jej dane i odebrane w jednej chwili. Nie było to coś, bez czego nie potrafiłaby żyć, ale gdy wreszcie miała to w zasięgu swych rąk, ciężko było jej to wypuścić. Oczami wyobraźni skarb był już jej własnością, a nagle znikał zupełnie z jej pola widzenia.
Najdziwniejsze jest to, że Hemi wcale nie była przywiązana do rzeczy materialnych. Cieszyło ją spokojne, nadmorsko-wiejskie życie z dala od zgiełku. Nie zależało jej na modnych ubraniach, drogich kosmetykach czy najnowszym telefonie. Gdyby jednak tylko miała szansę sprezentować rodzinie większy dom, by odciążyć babcię i matkę na stare lata, to nie wahałaby się podjąć wyzwania i wstrzymać oddech na trochę dłużej, niż miała to w zwyczaju robić.

Babcia zawsze powtarzała, żeby nie tracić niepotrzebnie zdrowia dla błahych ambicji.
– Kilka groszy więcej nie uratuje świata, a tylko ci się cycki skurczą pod wpływem ciśnienia – mawiała żartobliwie.
I choć Hemi, mimo swojego młodego wieku, ale dzięki wielkiej pasji do morza i umiejętnościom, mogła dostać już tytuł haenyeo2 wyższej rangi, wciąż kwalifikowała się do średniej klasy.
Już wybór jej zawodu mówił sam za siebie – brak większych ambicji i brak pożądania dóbr materialnych. Nie oznacza to bynajmniej, że haenyeo jest zawodem o niskich zarobkach. W dużej mierze zależą one od własnego wysiłku i odrobiny szczęścia albo, jak wierzyła większość haenyeo, od relacji z „boginią morza”. Ale czy ktoś kiedykolwiek widział haenyeo w futrze z norek i z to- rebką od Gucciego paradującą po powulkanicznym wybrzeżu?
Hemi uwielbiała spędzać czas z rodziną, kochała wyspę Jeju, kochała morze i nie pociągało jej wielkomiejskie życie. W przeciwieństwie do większości koleżanek ze szkolnych czasów, które zarywały noce, by dostać się na lepsze uniwersytety w Seulu lub wydostać się gdziekolwiek „na ląd”, Hemi od samego początku wiedziała, że pójdzie tą samą wąską drogą co matka i babcia i zostanie „kobietą morza”. Nawet jej imię oznaczało „piękno morza”. Właśnie w takim pięknym według niej oceanie była zakochana od dzieciństwa.
Mogłoby się zdawać, że jako osoba pracująca fizycznie, była niedouczona. Dziewczyna poszła jednak do liceum i miała całkiem niezłe wyniki w nauce. Starała się po prostu skupiać na tym, co ją interesowało i co mogło przydać jej się kiedyś w zawodzie haenyeo. Matka nie zmuszała jej do nauki, jak to zwykła czynić większość koreańskich matek. Ufała jej wyborom.
Po ciężkim dniu połowów Hemi lubiła zasiąść nad dobrą książką na ławce przed domem, wsłuchując się w kojący dźwięk morskich fal i popijając ciepłą herbatę z kwiatów chryzantemy. Nie interesowały jej portale społecznościowe, kariera, imprezy, czyli wszystko to, co tak bardzo liczyło się dla jej rówieśników. Wpatrywanie się w bezkres oceanu, blask księżyca odbijający się na tafli, ośmiornice oplatające jej dłonie w czasie połowów, wiatr przedzierający się przez jej gęste rzęsy, wspinanie się na pagórki, by podziwiać nadmorskie panoramy, pogawędki ze starszymi haenyeo, bieganie z psem i za psem po łąkach – tego za nic na świecie nie mogłaby zostawić i zamienić na miejskie życie.
Dzień pracy jako haenyeo i związana z tym rutyna wcale nie były łatwiejsze od innych prac fizycznych, ale Hemi dawały dużo satysfakcji. Tego dnia wstała o świcie, o szóstej trzydzieści. Przemyła twarz lodowatą wodą, po czym zasiadła do śniadania ugotowanego przez mamę. Jadła przy małym, inkrustowanym masą perłową stoliku, siedząc na podłodze wraz z mamą i babcią. Zdarzało się, że to Hemi przygotowywała śniadanie, wtedy wstawała o szóstej. Na stole gościły zawsze ryż, kimchi3, glony z olejem sezamowym i suszone ośmiornice. Pozostałe przystawki banchan4 i rodzaj zupy serwowanej do ryżu zmieniały się najczęściej w zależności od tego, co udało się wyłowić. Dziś mama przygotowała zupę z pasty sojowej z małżami, tofu i cukinią. Zapach zupy roznosił się po całej chałupce. „Dzień zaczęty zupą sojową nie może być złym dniem”, pomyślała sobie Hemi, nastawiając się pozytywnie od rana.
Po krótkim śniadaniu umyła naczynia i przed wyjściem z domu w pośpiechu wyszczotkowała zęby. Na koniec posmarowała twarz kremem przeciwsłonecznym. Jeansy i podkoszulek włożyła, będąc już jedną nogą na przedsionku chaty. Była trochę roztrzepana i często zdarzało jej się założyć T-shirt tył na przód, nie dopiąć rozporka albo nie domyć pasty do zębów z twarzy.
Zabrała sieci, swoje i babci, z przymocowaną do nich olbrzymią jaskrawopomarańczową boją, i pierwsza poszła do przebieralni haenyeo nad morzem, która znajdowała się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu. Jej pies – Pado5 – jak zawsze obszczekiwał ją na pożegnanie.
– Do zobaczenia za kilka godzin, futrzaku – powiedziała, głaszcząc jego białą czuprynę.
Jako najmłodsza z grupy zawsze musiała być pierwsza w przebieralni. Jej rola sprowadzała się do nacierania gogli do nurkowania bylicą6 i pastą do zębów, co miało zapobiegać zaparowywaniu szkiełek pod wodą. Przygotowywała także dla każdej z haenyeo porcję leków, które są niezbędne, by przetrwać dzień w głębinach morza.
Oddział haenyeo, do którego należała Hemi, liczył łącznie piętnaście kobiet. W najwyższej grupie wiekowej, w której była jej babcia, było sześć haenyeo, z których najstarsza miała osiemdziesiąt siedem lat. Babcia Hemi miała siedemdziesiąt sześć lat, więc jak większość haenyeo-seniorek nurkowała już na płytszych, przybrzeżnych wodach, zaliczając się tym samym do najniższej rangi. Im płytsze wody, na których się nurkowało, czyli im mniejsza pojemność wdechu i gorsze połowy, tym niższą miało się pozycję w hierarchii haenyeo. Również zarobki były uzależnione od rangi. Na głębszych wodach o wiele łatwiej można było wyłowić dobrze opłacalne owoce morza: słuchotki, ślimaki morskie czy jeżowce, strzykwy oraz tak zwane morskie ananasy7. Zaprawione w łowach haenyeo potrafią wstrzymać oddech na ponad dwie minuty i wyłowić do kilku kilogramów na jednym wdechu. Hemi zaliczała się do grupy średniej i nurkowała na głębszych wodach, ale nie musiała być transportowana przez statek na pełne morze jak haenyeo z najwyższej grupy. Tylko raz czy dwa razy na miesiąc wyruszała kutrem ze wszystkimi haenyeo średniej i wyższej rangi na głębokowodne połowy. Zdarzało jej się też łowić z babcią przy brzegu, szczególnie w pochmurne i bardziej wietrzne dni, kiedy potrzebowała babcinej dobrej energii. Połowy zaczynały się pomiędzy siódmą trzydzieści a ósmą rano i trwały zazwyczaj od czterech dow łowach haenyeo potrafią wstrzymać sześciu godzin. Do czerwca trwał sezon na galaretówkę amansa8, która bogato pokrywała całe morskie dno. Była ona dobrym źródłem dochodów, więc wszystkie haenyeo były w pogotowiu i połowy wydłużały się do maksimum.
Po skończonej pracy i wyjściu na brzeg, Hemi pomagała każdej z cioć haenyeo zważyć wyłowione owoce morza i zajmowała się księgowością, notując każdego dnia w zeszycie, kto oraz ile kilogramów wyłowił. Zakończone połowy nie oznaczały jednak końca pracy. W domu czekało ją obrabianie wyłowionych przez nią owoców morza, suszenie glonów lub cerowanie dziurawych sieci. Kilka razy w tygodniu jechała też na targ, aby sprzedać połów lub zarobić dodatkowy grosz przy nadmorskiej knajpie polowej, przyrządzając i sprzedając turystom to, co wyłowiła.
Tego dnia była w wybornym humorze, wyruszyła więc z mamą na swoje wyznaczone terytorium z dala od brzegu. W przebieralni zaczęła się już robić wrzawa.
– Hemi, zjadłaś śniadanie?9 – zapytała jedna z babć haenyeo.
– Tak. Jestem zwarta i gotowa na dzisiejszą przygodę! – odpowiedziała Hemi, podając współtowarzyszce, przygotowane do nurkowania gogle i porcję leków.
Twarz Hemi rozpromieniła się w uśmiechu.


  1. Imiona bohaterów: 해미, Hemi (czyt. Hemi), 민호, Minho (czyt. Mino). W Korei nie ma określonej formy zapisu danego imienia w jego angielskim wydaniu. Imię o takim samym zapisie w koreańskim alfabecie, może mieć różne wersje zapisu w alfabecie angielskim, w zależności od preferencji posiadacza imienia.
  2. Haenyeo  – kor. 해녀, czyt. henjo, grupa kilku tysięcy kobiet zamieszkujących głównie południowokoreańską wyspę Jeju (czyt. dziedziu), zajmujących się połowem owoców morza bez wykorzystania butli z powietrzem.
  3. Kimchi – kor. 김치, czyt. kimczi, ostre (choć nie zawsze) kiszonki koreańskie, których najpopularniejszą formą jest kiszona na ostro kapusta pekińska.
  4. Banchan  – kor. 반찬, czyt. banczan, małe przystawki podawane do ryżu, m.in. kimchi.
  5. Pado – kor. 파도, fala.
  6. Bylica – rodzaj rośliny z tej samej rodziny co piołun. W Korei wykorzysty- wana też powszechnie w deserach.
  7. Nazwy owoców morza: słuchotka – kor. Jeonbok, 전복, czyt. dzionbok, ślimak morski – kor. sora, 소라, czyt. sora, strzykwa – inaczej ogórek morski, kor. haesam, 해삼, czyt. hesam, morski ananas – kor. meongge, 멍게, czyt. mongge.
  8. Galaretówka amansa – rodzaj glonu zawierający substancję żelującą, wykorzystywany m.in. w produkcji kosmetyków.
  9. Zapytanie o to, czy się coś zjadło, jest grzecznościowym pytaniem używanym w Korei w formie powitania.

KAMIEŃ, WIATR, KOBIETA


CZYLI WSTĘP DO WYSPY JEJU

Jeju-do 제주도 (wyspa Jeju) nazywana też Hawajami Korei Płd., a dla mnie będąca wyspą 1001 cudów i miejscem, do którego mogłabym wracać co każde wakacje, jest wyspą od dawien dawna znaną z trzech rzeczy — „kamienia, wiatru i kobiet”. Dlaczego? O tym pokrótce w dzisiejszym pierwszym bazgroleniu.

Zacznijmy od kamienia. Nawet kamień na Jeju nie jest zwyczajnym dobrze nam znanym kamolem, a wspólnym arcydziełem natury i człowieka. Wygasły już wulkan Halla (na ilustracji powyżej) położony w samym centrum wyspy zalał kiedyś to miejsce lawą, z której, już po jej zastygnięciu, dawni mieszkańcy odkuli wyspę, żeby przywrócić jej warunki rolnicze. Taki odłupany powulkaniczny kamień zaczęli wykorzystywać do budowy płotów i wszystkiego kamiennego co się mogło przydać, łącznie z kamiennymi hareubang 하르방 (czyt. harybang) – kamiennymi dziadami, które były przedmiotem pierwotnych kultów (ilustarcja poniżej). Już brzmi magicznie, czyż nie? Mniej magicznie, ale całkiem praktycznie – kamień ten z różnej wielkości dziurkami świetnie nadaje się na pumeks! Poza tym cała ta historia uczy, że jeżeli tylko człowiek dobrze współpracuję z naturą, to wszyscy mogą mieć z tego korzyść i uciechę — zieleń wyłoniła się na nowo spod piekielnego czarnego dywanu, a ludzie zyskali ziemię pod uprawę i stos kamoli, które wykorzystywane są do dnia dzisiejszego.

Wiatr – Jeju jest zawsze na pierwszym froncie, jeżeli chodzi o tajfuny. Nawiedzają ją bezlitośnie kilka razy w roku, mając właśnie tam największe natężenie w Korei. Wyspiarski wiatr zaś zwiewa czapki z głów na co dzień. Nic więc dziwnego, że oprócz nadmorskich alei, pola otoczone murkami z powyższych kamieni, które mają chronić uprawę przed rozwianiem, są typowym krajobrazem wyspy. Chyba jedynymi zadowolonymi z porywistego wiatru są surferzy. Namnożyło się ich w Korei, odkąd zapanowała powszechna moda na ten sport. To kolejna rzecz obok wulkanu, która przybliża Jeju do Hawaii – surf mode on”

W końcu najważniejsze – kobiety, bo to one są głównymi bohaterkami tej całej syreniej parady. Z powyższego można wywnioskować, że choć sama wyspa może być osnuta magiczną mgiełką, samo życie na niej wcale nie musiało być takie bajkowe. Choćbyś niewiadomo jak wysoki płotek sobie sklecił – przyjdzie wiatr, który wygra i z nim i rozwieje, co już zasadziłeś. Nie wspominając już o czterech porach roku, które też nie ułatwiały życia. W tych ciężkich do życia warunkach, właśnie kobiety wkroczyły do akcji, zakasując swoje rękawy i podejmując się wyzwania bycia syrenami i połowczyniami darów morza. Nazwano je bardzo dosłownie – haenyeo 해녀 (czyt. henjo), czyli „kobietami morza”. W czasach, kiedy nie było nawet mowy o butlach gazowych, nurkowały poddając próbie swoje płuca i ryzykując życie dla swoich rodzin i dobrobytu wiejskiego społeczeństwa. Nauczyły się nurkować bez żadnego osprzętowania na głębokość do dwudziestu metrów i wstrzymywać oddech na ponad dwie, a nawet do trzech minut! Już wiecie, dlaczego nazwałam je „koreańskimi syrenami”?

W 2016 roku, haenyeo, które łowią na Jeju, w ten sam tradycyjny sposób po dziś dzień, zostały wpisane na listę skarbów kultury Unesco. Uważam, że zasługują one na większą uwagę, ale o tym dlaczego tak jest opowiem w kolejnych bazgroleniach! Stay tuned! 🙂