연락처

10 faktów o koreańskich syrenach, kobietach morza – haenyeo


Jeżeli przeczytaliście moje poprzednie artykuły o haenyeo lub czytaliście moją książkę, to pewnie kilka z poniższych faktów będzie Wam już znanych, ale pomyślałam, że jeszcze raz podkreślę, dlaczego uważam, że haenyeo to cudowny zawód.  

1.

Haenyeo potrafią zanurkować do 20 metrów i wytrzymać pod wodą do 3 minut bez butli tlenowych i specjalistycznego sprzętu do nurkowania.

Najmocniejsze na początek. Coś, co wywołuje spontaniczne łał”, otwiera nam buzię I nasuwa na myśl mityczne syreny. No bo przecież to coś ponad ludzkie siły, przezwyciężanie barier, pokazujące jak wiele więcej człowiek może niż myśli, że jest w stanie, i jak silna jest matczyna miłość, która potrafi przezwyciężyć każdy lęk. Sumbisori, czyli delfini świst wydawany przez haenyeo po wynurzeniu się z wody, jest znakiem, że wstrzymują oddech ponad granice ludzkiej wytrzymałości. 

2.

Jeszcze do lat 70tych XX wieku haenyeo łowiły w zwykłych ubraniach (nawet zimą), a kiedyś nawet topless. 

Muzeum Haenyeo

Fakt też nie mało mrożący krew w żyłach, biorąc pod uwagę, że jeszcze jakieś 50lat temu haenyeo nurkowały w cienkich materiałowych ubraniach i to nawet w warunkach zimowych. Dawniej, jeszcze podczas dynastii Joseon I do bliżej nieokreślonej współczesności łowiły także z odkrytym biustem. Wtedy musiały przypominać syreny nawet bardziej. Więcej o stroju haenyeo znajdziecie w artykule STRÓJ HAENYEO.

3.

Nie można być haenyeo bez specjalnej licencji.  

Morze jest bogate w spożywcze skarby, więc co to za problem, żeby wyłowić jakieś owoce morza, choćby na płytszych wodach? Otóż, jest to problemem. Łowienie owoców morza bez specjalnej licencji jest nielegalne i do legalnych połowów potrzebna jest legitymacja haenyeo. Jest to jeden z niewielu, jak nie jedyny zawód, w którym nawet mężczyzna (rzadko się zdarza, ale są i mężczyźni morza) zostanie nazwany kobietą i dostanie legitkę z napisem “licencjonowana kobieta morza”.   

4. Haenyeo to zawód wykonywany w drużynach, które wspólnie dzielą zarobki. 

Istnieją pojedyncze poławiaczki, szczególnie poza wyspą Jeju. Jednak sam zawód haenyeo zawsze był zawodem wykonywanym grupowo. Każda z haenyeo przynależy do jakiejś 어촌계  – wiejskiej społeczności połowiczej i wyrusza na łowy grupą, która dopiero już na morzu ma swoje wyznaczone terytoria połowów. Haenyeo pomagają sobie nawzajem przygotować się do połowów, wyciągnąć ciężkie sieci z wody oraz dzielą się połowami pomiędzy sobą, a w razie kataklizmów, z całą wiejską społecznością. Taka grupowa kultura haenyeo ma swoje korzenie w 불떡, półokrągłej ścianie z powulkanicznych kamieni, w której haenyeo wspólnie paliły ogień I kryły się przed zimnem, dzieląc się między sobą swoimi odkryciami na temat morza, śpiewając pieśni i pokrzepiając na wzajem. 

5. Haenyeo dzielą się na trzy grupy: niższą, średnią i wyższą. 

Muzeum Haenyeo (Yonhap News)

W społecznościach haenyeo hierarchia wiekiem jest mniej ważna od hierarchii ustanawianej na podstawie umiejętności. Zupełne świeżynki w branży nie należą do żadnej z powyższych grup, a będą nazywane 똥군, ddonggun, czyli dosłownie „grupa gówniana” …fekalna?, w każdym razie jeszcze „do niczego”. Reszta grup dzielona jest ze względu na ilość połowów, co jest oczywiście bezpośrednio połączone z pojemnością płuc i głębokością połowów. To haenyeo z najwyższej grupy decydują o połowach danego dnia i są liderkami w haenyeowej społeczności. 

6.

Haenyeo nie łowią codziennie, a są nawet miesiące, w których sieją owoce morza. 

Haenyeo mają ściśle wyznaczone reguły, co do ochrony morza. Jest czas połowów, jest czas ochrony poszczególnych gatunków I jest czas, w którym sieją owoce morza I dają im faunie i florze morskiej czas na odbudowę. Kobiety morza są też oczywiście ograniczone warunkami pogodowymi. Przy zbyt silnych wiatrach i wysokich falach rezygnują z połowów, co sprawia, że przeciętnie pracują tylko około 10 dni w miesiącu. 

7.

Różnica wiekowa pomiędzy najstarszą czynną zawodowo haenyeo, a najmłodszą to 78 lat. 

Sua Park , fotograf 준초이

Nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że haenyeo to zawód z najstarszymi kobietami czynnymi zawodowo na świecie. Obecnie średni wiek haenyeo to 70 lat, ale większość z haenyeo klasyfikuje się w przedziale – ponad 60. Najmłodsza obecnie haenyeo to dwudziestoletnia 박수아, Sua Park z wyspy Udo nieopodal Jeju, a najstarsza to dziewięćdziesięcioośmioletnia 라모, Ra Mo z wyspy Marado. Łał!

8.

Dawniej haenyeo liczyło się w tysiącach. 

Muzeum Haenyeo

W latach 70tych na wyspie Jeju zarejestrowano 14 tysięcy haenyeo. Teraz ich liczba gwałtownie spadła szacując niecałe 4 tysiące. W ostatnich czasach, szczególnie po wpisaniu zawodu na listę dziedzictwa kulturalnego UNESCO, zawód haenyeo zyskał nieco na popularności i przybywa młodych kobiet morza w nadmorskich szkołach przyuczających do zawodu, ale cały czas liczba ta rośnie bardzo powoli.

9.

To zawód z korzeniami w Korei, ale wiele haenyeo wyemigrowało poza granice. 

Podczas okupacji japońskiej, kiedy wyzysk haenyeo dobił szczytu, setki kobiet morza wyemigrowały na obczyznę – nad morza Japonii, Chin oraz Rosji.

10.

Haenyeo to pierwsze koreańskie kobiece wojowniczki. 

잠녀 반일항쟁(1989)’. 강요배

To kobiety morza wywołały jako pierwsze powstanie przeciw reżimowi okupacji japońskiej podczas kolonizacji Korei przez Japonię w latach 1910~1945. Na tę cześć postawiono im pomnik przed Muzeum Haenyeo na wyspie Jeju, z wygrawerowaną pieśnią haenyeo”, którą napisał mąż jednej z powstańczyń podczas swojego pobytu w areszcie. Więcej o wojowniczości kobiet morza możecie przeczytać w artykule POWSTANIE KOBIET MORZA PODCZAS OKUPACJI JAPOŃSKIEJ

Prócz wymienionych faktów znalazłyby się jeszcze dziesiątki innych zaskakujących odkryć na temat tego, jak wspaniałymi kobietami są haenyeo. Niektóre z powyższych informacji różnią się od źródła do źródła i pomiędzy wiejskimi społecznościami. Mam nadzieję, że następnym razem zawitam do Was z wywiadem z prawdziwą haenyeo, więc jeżeli macie jakieś pytania do kobiet morza, to możecie zostawić je w komentarzach 😉 Miłego! 

Co warto zobaczyć na wyspie Jeju?🌴 (część pierwsza)


Dzisiaj prawie ostatni post z cyklu – polecam na Jeju. Prawie, bo chyba będę musiała go podzielić na dwie części (jest tego sporo) 😉 Tym razem zwiedzimy wyspę nie od strony żołądka, skupimy się na atrakcjach turystycznych.  

Standardowo zaczynamy od miasta Jeju i objeżdżamy wyspę w kierunku wschód – południe – zachód. Dlaczego? Bo choć uważam, że każda część wyspy ma swój urok, to chyba mam jednak największy sentyment do północno-wschodniego wybrzeża 🤭 

Plaża Hamdok 함덕해변 

Najbliższą z plaż zaraz na wschód będzie plaża Hamdok. Na Hamdok możemy spotkać aż trzy lazurowe zatoczki, z których każda ma inny urok. Oddzielone są kawałkiem lądu wbiegającym dość głęboko w morze – można sobie na ten cypelek wejść. Byłam tam dwa albo trzy razy, ale jakoś nigdy nie zatrzymywałam się na dłużej ani nie siadałam na plaży, a raczej podziwiałam ją z plażowej kawiarni – Delmundo, która mieści się tuż nad morzem (nie zapadła jednak w mojej pamięci…) i z deserowni z mango – Rich mango. Jest to plaża godna odwiedzenia i popularna wśród samych tubylców, więc mam zamiar wyeksplorować ją bardziej podczas następnej wizyty, tym bardziej, że wygląda na to, że jest tam też fajna trasa spacerowa na pagórku obok. 

Plaża Gimnyeong 김녕해변 

To kolejna malownicza plaża i pierwsza rozpoczynająca prawdziwy rajd nadmorską autostradą. Mniej więcej od tej plaży zaczynają się zapierające dech w piersiach widoki, które można podziwiać z okien samochodu. Dlatego polecam olewać nawigację i zamiast jechać głównymi szosami do kolejnego punktu, zjechać w uliczkę nad samym wybrzeżem. Sama plaża jest jednym z punktów na ślubne sesje zdjęciowe. Jej biały piasek, lazur morza, pięknie formujące się skałki powulkaniczne i turbiny wietrzne w tle tworzą niepowtarzalną atmosferę. Przy samej plaży są, szatnie, prysznice i przebieralnie, więc latem musi być tłoczno, ale poza sezonem można tu zażyć spokojnych kąpieli. Tak – moczyłam się tam! I tak – miałam tam sesję ślubną 😀 

Plaża Woljeong-ri 월정리해변 

Plaża Woljeong-ri to też lazurowa i podłużna plaża z wietrznymi turbinami. Tyle, że cieszy głównie amatorów sportów wodnych, a szczególnie surfingu. Widocznie fale tutaj są jakieś lepsze. Można sobie też zamówić lekcje z surfingu czy paddlingu, a dla tych antywodnych zawsze znajdzie się kawiarnia z widokiem na morze, czego nie zastalibyśmy przy poprzedniej plaży. Podczas mojej ostatniej wizyty tylko obserwowałam kumpelę, biorącą lekcje paddlingu – nie żebym była stworzeniem typowo lądowym, ale czaję się bardziej na surfing i po nieudanej próbie kilka lat temu, wmawiam sobie, że muszę najpierw wytrenować siłę w rękach… 

Jednodniowy kurs haenyeo przy plaży Hado  

Coś na co mam ochotę jeszcze bardziej niż na surfing, choć z pewną dozą strachu – dużo bardziej lubię być nad niż pod wodą 😉 Ale skoro napisałam książkę o haenyeo, to mimo licznych filmów dokumentarnych i pośrednich doświadczeń, przydałoby się chociaż raz spróbować swoich sił w tym zawodzie! Przy niewielkiej plaży Hado – znajduje się szkoła haenyeo, gdzie można zarejestrować się na jednodniowy kurs – trzeba to zrobić z wyprzedzeniem. Rezerwacja: https://bit.ly/3uDe4lf

Plaża Sehwa i muzeum haenyeo 세화해변/해녀 박물관 

Sehwa to moja ulubiona plaża – coś co mnie łączy z główną bohaterką książki 😉 Można do niej dojechać, jadąc cały czas tą samą nadmorską szosą. Jest jakaś spokojniejsza, kawiarnie w pobliżu są piękne i mam tu same dobre wspomnienia. Jest to też miejsce, gdzie kiedyś haenyeo prowadziły powstanie przeciw okupacji japońskiej, więc ma też znaczenie historyczne. Przed muzeum haenyeo stoi posąg upamiętniający to wydarzenie. Samo muzeum jest wspaniałym miejscem, żeby dowiedzieć się więcej nie tylko o tym unikalnym zawodzie, ale i o kulturze wyspy. Polecam! Wstęp do muzeum to jedyne 1,100 won (około 3.3zł), ale obecnie potrzebna jest rezerwacja na wstęp przez stronę muzeum. Rezerwacja: https://bit.ly/3g6orsL

Jaskinia Manjanggul 만장굴 

Po plażach przenosimy się na ląd, a raczej pod ląd – do jaskini. W upalny dzień będzie to odskocznia i ochłodzenie, w chłodniejszy dzień polecam coś ciepłego do zarzucenia na ramiona – to lodówka. Jaskinia Manjanggul jest wpisana na listę skarbów natury UNESCO. Jest to dwunasta co do wielkości jaskinia lawowa na świecie i mierzy prawie dziewięć kilometrów długości. Oczywiście tylko część jest otwarta do zwiedzania. Jeżeli nie kręcą Was podziemia, to możecie ją pominąć i wybrać się na zachód wyspy do parku Hallim, w którym też można zapuścić się na chwilę w głąb ziemi. Ja byłam tam dawno dawno, teraz bym pewnie ominęła ją szerokim łukiem i wybrała się właśnie do Hallim 😉 Wstęp: 4,000won (12zł) 

Las Bijarim 비자림 

Jest to największy las na świecie pokryty jednym gatunkiem drzew i tym drzewem jest 비자, Bija – torreja orzechowa. Większość drzew tutaj to dziadziusie mający 500~800lat, ale jest też jedno o ponad 1000 letnim stażu, które jest jednym z głównych punktów na tej leśnej trasie. Drzewa Bija zachwycają kojącym zapachem i stanowią dom dla różnych gatunków ptaków 😉 To moim zdaniem jedne z najpiękniejszych miejsc na wyspie. Wstęp: 3,000won (9zł) 

Ścieżka leśna Saryeoni 사려니 숲길 

Tutaj nie byłam, ale będę! Jest to trasa leśna zaczynająca się w okolicach Bijarim. Można tu znaleźć wiele gatunków rzadko spotykanych drzew jak cedry japońskie, hinoki itp. Główny szlak to aż 9.5km, więc może być ciężko obrócić w dwie strony, chyba, że znajdzie się ktoś, kto zaparkuje gdzieś przy końcu trasy… 

Stożek wulkaniczny (oreum) Yongnuni 용눈이 오름 

Wyspa Jeju prócz królującej pośrodku 할라산, góry Halla (wygasłego wulkanu), jest pokryta licznymi pagórkami, będącymi stożkami wulkanicznymi. Jednym z najpopularniejszych z nich jest właśnie stożek Yongnuni. Ma on wysokość 248 metrów i choć są takie przekraczające 300 m, zalicza się do najwyższych. Jego nazwa oznacza leżącego smoka, ponieważ taki właśnie ma kształt. Zobaczcie tylko na ten zachód słońca widoczny z jego szczytu! Zapiera dech. W zachodniej części wyspy z pięknego widoku na zachód słońca znany jest 새별오름, Saebyeoloreum, nie ma go na mapce, ale jeżeli byście szukali jakiegoś pagórka w innej części wyspy, to polecam!

Krater Seongsan Ilchulbong 성산 일출봉 

To krater powstały na skutek erupcji hydrowulkanicznych. Jest wpisany na listę skarbów natury UNESCO i robi wrażenie.  Przypomina górzysty półwysep, cieszący oczy nasyconą zielenią. Po kilku minutowym spacerze w górę znajdziemy się na szczycie. Problem w tym, że jest tu zawsze tłoczno i czasami lepiej podziwiać go po prostu z daleka lub z kawiarni z widokiem na niego, o której mówiłam w poście kawiarnianym 😉 U podnóża jest też urocza zatoczka, w której babcie haenyeo wyławiają morskie smakołyki, żeby je potem sprzedawać na świeżo turystom w knajpce z 해녀밥상, haenyeo babsang (stołem zastawionym przez haenyeo). Druga część nazwy krateru oznacza stożek wschodu słońca, bo to stąd ponoć widać wschód jak na dłoni 😊 Wstęp: 5000won (15zł) 

Wybrzeże Seopjikoji 섭지코지 

Leży nieopodal od wyżej wymienionej atrakcji i daje nam dobry widok na krater z daleka. Zbocze wybrzeża jest wysoko położone i zwieńczone latarnią. Co jest charakterystyczne dla tego miejsca – formułuje je czerwony powulkaniczny pył zwany “scoria”, a wulkaniczne skały na dole zbocza przybrały ponoć bardzo specyficzne kształty, dlatego to miejsce pojawiło się w wielu koreańskich dramach. Można też tu znaleźć piaszczystą plażę, pasące się na łąkach konie, a nawet wielkie i bardzo betonowe muzeum 😉 Osobiście byłam tam kilka razy, chociaż nigdy nie udało mi się w tym miejscu zakochać… Ale może warto się wybrać podczas zakwitu rzepaku albo na tę nową huśtawkę z widokiem na krater Seongsan.

Plaża Gwangchigi 광치기해변  

Jest plażą, która kończy pierwszy szlak nadmorski i rozpoczyna drugi (dla tych wędrownych). Jest pokryta czarnym piaskiem pomieszanym z kruszonymi muszlami i jest też popularnym miejsce na obserwowanie wschodu słońca, ponieważ widać go tu z Seongsan Ilchulbong w tle. Sama miałam przyjemność obserwować wschód z tej plaży w zeszłym roku. Polecam! Jest to bardzo efemeryczne przeżycie.  

Plaża Pyoseon 표선해변 

Kolejna plaża, tym razem troszkę na południe. Jest ona inna niż wszystkie. Morze ucieka tutaj w głąb i tworzy niezmiernie wydłużoną plażę, pokrytą złotym piaskiem z małymi dziurkami i kuleczkami – prawdopodobnie robota krabów? Gdy morze przypływa tworzy ona sporą płytką zatokę, dlatego jest popularna wśród rodzin z dziećmi. W nocy światła docierające z zamieszkałej części zatoki czarują nas pięknym widokiem. Jest to też dom dla urokliwego posągu haenyeo jako syreny. Zainspirował mnie on do ilustracji do wiersza “Syrena” oraz przywiewa na myśl główną bohaterkę mojej powieści. 

Skansen Jeju 제주민속촌 

Jest położony tuż obok plaży Pyeoson. Może nie umywa się rozmiarem do skansenu w Yeongin koło Seulu i chyba nie ma możliwości wypożyczenia hanboku, ale jest wart zobaczenia. Także dlatego, że można tu się przenieść w czasy dynastii Joseon, w jej formie i kształcie, jaki prezentowała właśnie na wyspie. Jeżeli się dobrze trafi czasowo, zastaniemy występy pansori i pokazy gier ludowych. Kryje on w sobie też sporo spotów na unikalne zdjęcia i nawet labirynt 😉 Wstęp: 11,000won (33zł) 

Szlak Yeongsil na górę (wulkan) Hallasan 한라산영실코스 

To najłatwiejszy szlak na wygasły wulkan i ukrócona droga, bo szlak zaczyna się na wysokości 1,280 – można podjechać samochodem. W ten sposób długość niestromego szlaku to jedyna 5.8 km. Ponoć jest on też najbardziej malowniczy. W czerwcu porośnięty różowymi azaliami. Sama jeszcze nie byłam, ale wiem, że muszę, bo choć nie jestem typem kozicy, to jak kochać Jeju i nie zobaczyć jego serca z bliska… Na wideo góra Halla widoczna w słoneczny dzień z samochodu 😉

@camelia.forest_cafe 카멜리아 포레스트 

To ostatnie miejsce w tym poście i ostatnie w tym regionie wyspy, które polecam. Możecie się zastanawiać, dlaczego nie dodałam go do kawiarni. Otóż, nawet tu nie zamawiałam kawy. Płaci się za wstęp, a główną atrakcją jest nie kawa a las drzew kamelii. Są piękne. Kwitną na przestrzeni października – aż do kwietnia. Wstęp nie jest tani, ale można tam poczuć magię 😉  Wstęp: 8,000won (24zł) 

Poczuliście się trochę jak na wyspie? Mogę mówić o kawie i czymś na zapełnienie żołądka, ale prawdziwe Jeju poznaje się właśnie po jego skarbach naturalnych. Na wyspę Udo zabiorę Was w następnym poście, w którym będziemy zwiedzać zachód wyspy. Tip: wstęp do droższych miejsc warto sobie zabukować przez Naver, korzystając z ichnijej zniżki 😉  

Czym żywić się na wyspie Jeju?


W tym tygodniu zostajemy na Jeju. Tym razem z czymś na ząb”. A muszę przyznać, że za każdym razem na wyspie żywimy się głównie kawą 😀 Jedzenie na Jeju jest dwa razy droższe od napojów, i o dobrą i otwartą knajpkę też nie łatwo. Wiele posiłków cieszy tylko oko, a nie podniebienie… Dlatego moja lista polecajek spożywczych jest krótka, w porównaniu do tej kawiarnianej. Poniższe oznaczenia miejsc to profile na Instagramie. Pamiętajcie o telefonie przed wizytą, nie warto wierzyć Google Maps 😉  

Większość miejsc na mapie oznaczonych jest ich profilami na Instagramie, bo to właśnie z nich najłatwiej dowiedzieć się o godziny otwarcia, szczegółówy adres itp.

Zaczniemy już tradycyjnie od miasta Jeju i w kierunku na północny wschód.  

@khsmomgug  김희선 몸국 🍲

Na pierwszy rzut miską idzie potrawa regionalna, specjalność wyspy, którą można spróbować tylko tutaj – 몸국, momguk. Należą Wam się wyjaśnienia, ponieważ mało komu nazwa potrawy coś powie. Momguk to zupa na wywarze z kości i wnętrzności świni podawana z gronorostami, które w wyspiarskim języku nazywają się właśnie – mom (guk to po koreańsku zupa). To pomieszanie morza z lądem i przysmaków wyspiarskich –  świnia, glon –  więc jest godna spróbowania. U Kim Hee-seon można też dostać dobry 육개장, yukgaejang, czyli ostrą zupę wołową lub dobrą smażoną makrelę, więc nawet dla bojących się wyzwań znajdzie się coś na zapełnienie żołądka. Można sobie nawet zamówić zupkę w opakowaniu na wynos 😉 Polecam! 

@seungbbeumdang_ 승쁨당 🥐

To piekarnia polecana przez koleżankę z korzeniami chlebowymi, bo z Francji, więc jak poleca to znaczy, że nie będą to wypieki, na które reagują pozytywnie tylko koreańskie kubki smakowe. Sama w niej nie byłam, ale jeżeli macie ochotę na coś dobrego na drogę, to wygląda na to, że to miejsce powinno być OK. 

@jejuddosirang 제주또시랑 🍱

Jest to jadłodalnia online, z której chciałam zamówić dosirag (jedzenie zapakowane na wynos – coś jak pudełko piknikowe) z pysznie wyglądającym 김밥 kimbapem i kanapkami w kopertkach z tofu. Niestety okazało się, że trzeba zamawiać z kilkudniowym wyprzedzeniem 🙁 Ale jeżeli Was też wizualnie kusi, to wypróbujcie go za mnie! 

@hahahohocafe HAHA HOHO 🍔

Do Haha hoho przenosimy się nad plażę Woljeong-ri, którą charakteryzuje lazur wody i surferzy. Jedziemy tutaj na burgera, która nie zrywa czapek z głów (chociaż to burger z czarnej świni), ale miejsce jest godniesze niż inne knajpki nad tą plażą i ma super widok. Obsługa też jest bardzo sympatyczna. 

Targ przy Sehwa – oiljang 세화오일장 🍤🍢

오일장 oiljang to targ otwierany raz na pięć dni. Dlatego trzeba mieć szczęście, żeby znaleźć się akurat w tych okolicach w dni otwarcia. Nam się raz udało. I byliśmy tu na pysznym 분식, bunsik – jedzeniu ulicznym. Będziecie wiedzieli, że to tu –  po tłumach. My zamówiliśmy 떡볶이 tteokbeokki (ryżowe kopytka na ostro) i 튀김 twigim (jedzenie głęboko smażone) – ten z panierowaną papryczką nadziewaną makaronem z batatów był najlepszym jaki jadłam ever! Na targu można też dostać świeże sezonowe cytrusy. 

@lilot_jeju 릴로 제주 🥖 

Lilot to mała Francja na Jeju. Właścicielka uczy francuskiego i serwuje pyszne bagietki w bynajmniej nie koreańskim stylu. Minęło kilka lat od degustacji, a cały czas pamiętam o tym miejscu. 

@semo_jeju 세모제주 🍙

Kolejne nieodwiedzone, a polecone. Ponoć mają dobre trójkątne kimbapy. No i są takie instagramowe 😀  

@bijahyang_jeju 비자향 🥩🥬

O tym miejscu też nie mogę zapomnieć. Jeżeli wybieracie się do 비자림, lasu Bijarim, co serdecznie polecam, bo to miejsce będzie Wam po drodze. Oczywiście jeżeli tylko będzie otwarte –  ostatnim razem siedzieliśmy z jakimś kundelkiem pilnującym lokalu, z nadzieją, że właściciele wrócą – na marne. Knajpka serwuje 쌈밥 ssambap – mięsko świni smażone na ostro z całą masą i różnorodnością sałat do zawijania go. Nie raz jedliśmy ssambap, ale mało gdzie podają tyle świeżej zieleniny. Zupa z pasty sojowej – 된장찌개, doenjangjjigae podawana do, też była wyśmienita! 

@bongkkeurang_bakery 우도 봉끄랑 🍔

To piekarnia z tęczowymi i czarnymi (barwionymi tuszem z kałamarnicy) burgerami na wyspie Udo. O dziwo smakującymi tak dobrze jak wyglądają i do tego z morzem na wyciągnięcie dłoni. Uważam, że na tej małej wysepce to właśnie może być Wasz najlepszy wybór żywieniowy 😉  

@jeju_dolzip 돌집식당 🦪🦀🍗🐟 

Tutaj możemy się zajadać mięskiem lub owocami morza. Nie jest tanio, ale gdzie na Jeju jest? W menu jest i sashimi z różnych owoców morza z krabem marynowanym w sosie sojowym (kraba można też zamówić na wysyłkę do Seulu) i mięso wieprzowe duszone w ostrym sosie i mięso do self-grilowania i smażona ryba. Osobiście polecam zestaw smażonego mięska. Podają też do niego zielony placek z bylicą i zacne przystawki. Mniam!  

@casadinoa_jeju CASADINOA 🍕

Znaleźliśmy się nagle na południowym zachodzie. Jeżeli macie ochotę na prawdziwą włoską pizzę, to zapukacie tutaj. To restauracja z klimatem i przepyszną pizzą. Szef i kucharz to Włoch. Serwują też różne rodzaje piwa. My mieliśmy nocleg tuż obok, więc pozwoliliśmy sobie na odrobinę alkoholu 😉 Odrobinę – bo ceny mocno wygórowane 😉 

@roll&sushi 롤앤스시 🍣

Jeżeli zamiast pizzy wolicie sushi, to tutaj dostaniecie tanie rollsy. Tak dawno nie jadłam Philadelphia roll (w Seulu wbrew pozorom nie tak łatwo o rollsy), że zamówiłam sobie dwie i aż mnie zmuliło 😀 Tego dnia mieliśmy szczęście i z kawiarni widzieliśmy delfiny, które potem znowu zastaliśmy właśnie przed tą knajpką 🐬 Zacne wspomnienia!

@bbolsaljip 뽈살집 🐷

To już ostatnie miejsce na mojej liście. Reszty naprawdę nie pamiętam. Kawa musiała być lepsza 😉 A to miejsce to grillownia. Ale nie taka zwyczajna. Specjalnością tutaj jest mięso ze świńskiego policzka. I wiecie co? Było delikatne i pyszne! Zdecydowanie polecam 😉 

Mam nadzieję, że mój jedzeniowy-przewodnik po Jeju się Wam przyda. Jeżeli odwiedzicie albo już odwiedziliście jakieś z powyższych miejsc, dajcie znać, jak Wam smakowało w komentarzach 😀 Miłego!

KAWIARNIE NA WYSPIE JEJU


Dzisiaj rozpiszę się na jeden z moich ulubionych tematów – kawowy ☕️

To będzie mój pierwszy post o kawiarniach. I to nie byle jakich, bo najurokliwszych w całej Korei – tych z wyspy Jeju.

Sama Korea jest znana z niesamowitych kawiarni, a Seul to miasto przysłowiowych tysiąca jeden (choć jestem pewna, że ich liczba grubo przekracza tysiąc). Kawiarnie są na każdym rogu, na każdej nawet najbardziej zabitej dechami uliczce. Często jedna obok drugiej. Zazwyczaj na poziomie.  Jednak czy mogą się umywać, do równie nie byle jakich koleżanek z wyspy o zapierających dech w piersiach widokach? – Nope! 

I o tych właśnie Jejudowskich (po koreańsku wyspa Jeju to Jeju-do) miejscówkach z Panią Kawą, które mnie urzekły, opowiem Wam dzisiaj. Na mapie oznaczyłam te spoty, które chętnie odwiedziłabym raz jeszcze, czyli polecajki. Podczas moich licznych podróży na wyspę Jeju zawitałam też do wielu innych, ale nie wszystkie są godne przedstawienia, i nie wszystkie przetrwały w walce z konkurencją. To zaczynamy! A! Przygotujcie sobie kawę, bo nadmorski wiatr z moich zdjęć przywieje do Was jej zapach i będziecie musieli/siały przerwać lekturę w połowie, a to przecież nie wypada 😉  

Kawiarnie na mapie oznaczone są ich profilami na Instagramie, bo to właśnie z nich najłatwiej dowiedzieć się o godziny otwarcia, szczegółówy adres itp.

Zaczynam od mojego ulubionego wybrzeża – miejsca, gdzie toczyła się akcja mojej powieści – północno-wschodniej części wyspy, w kolejności od kawiarni położonej najbliżej miasta Jeju. 

@be.yourside 카페곁에

Mimo, że jest pierwsza na liście, zastanawiałam się czy ją dodać. Sam wystrój kawiarni jest urokliwy, a kawa z malcha była bardzo instagramowa. Problem w tym, że nie widać z niej nic. Okna choć piękne, są matowe. Tym samym nie wiemy, czy jesteśmy na Jeju, czy trafiliśmy do ładnej miejscówki w Seulu. Dlatego nie zatrzymujemy się na dłużej, lecimy dalej! 

@jeju_in_aa  Jeju in AA

To kawiarnia nadmorska z widokiem za milion dolców. Od morza dzieli ją tylko szosa, więc klimat morski można chłonąć na całego. 🌊 Jest to odnoga popularnej od dawna i przetrwałej do dzisiaj kawiarni AA Museum, z tętniącej życiem studenckiej dzielnicy, Hongdae. Kawiarnia jest niewielka, ale leżaki, pufy i sam rybacko-artystyczny wystrój zachwycają. I co ważne – mają dobrą kawę! Ceny kaw na Jeju są mocno wygórowane i za zwykłe americano płaci się nawet 6,000 won = około 18 zł, ale nawet za te pieniążki, nie wszystkie napoje cieszą smakiem. Czasami płaci się po prostu za sam widok. Tutaj się miło zaskoczyliśmy. Widać po minie Y.? 

@jeju_swingcafe 평대랑그네랑

Jak sama nazwa mówi – kawiarnia z huśtawkami. Położona nieopodal wyżej wspomnianej, jest miejscem na jeszcze bardziej natężony chill. Dlaczego? – bo ma prócz huśtawek sznurkowe hamaki z widokiem na morze, które

dają poczucie odgrodzenia od reszty świata i osłaniają od, zrywającej czapki z głów, morskiej bryzy. Pamiętam, że drzemaliśmy sobie tam a nasze chrapanie zagłuszał tylko dźwięk fal. Niestety smaku kawy nie pamiętam. Musiała być bardzo przeciętna. I podczas ostatnich dwóch wizyt na Jeju, nie mieliśmy szczęścia, żeby zastać ją otwartą 🙁

@cafe_hallasan 카페한라산

W tej kawiarni byłam w listopadzie. Muszę przyznać, że mijałam ją często od kilku lat, nie myśląc, żeby wejść do środka, mimo że jest usytuowana nad moją ulubioną plażą. Dostałam się do niej przez czysty przypadek, miałam pojechać do jednej z powyższych kawiarni, ale obydwie były zamknięte. Było to podczas mojego ostatniego wypadu, tym razem w odwiedzinach u koleżanki, która po rzuceniu pracy, postanowiła zrobić sobie miesięczny relaks na wyspie (częsta przypadłość). Teraz ja czekam na długi pobyt na Jeju… (a jeszcze lepiej na przeprowadzkę na stałe). Wracając do miejscówki – coś pięknego! Nie tylko widoki z okna, ale i sam wystrój wnętrza, kawa i etykietka na kawie – szczegóły robią swoje! No i tylko zobaczcie ten zachód słońca… 

@moalboal.jeju 모알보알

Kawiarnia Moalboal jest położona najbliżej lotniska z dotychczas wymienionych, ale jest miejscem jeszcze niesprawdzonym, zupełną świeżynką na mojej liście pt. ‚nie zapomnij odwiedzić’. Zrobiona w klimatach Bali, z morzem na wyciągnięcie dłoni, siedziskami na ziemi. Czy mogłabym się zawieźć? Liczę, że niedługo będę mogła zdać sprawę z tego jak się spisała i wypróbować ichniej kawusi.  

@udo_blancrocher 블랑로쉐

Jeżeli mielibyście okazję pojechać na wyspę Udo, co Wam gorąco polecam, na pewno odwiedzicie plażę Hagosudong, a ta kawiarnia znajduje się właśnie na niej, na klifie, z którego widać już tylko lazur morza. Szczerze mówiąc nie pamiętam ani smaku kawy, ani tego czy samo miejsce mi się podobało… Wiem, że było tłoczno, ale mimo to kolor morza zachwycał. I to wystarczy! 

@boromwat 보롬왓

A teraz przenosimy się w głąb wyspy. To tutaj zamiast niebieskości oceanu nasze oko będzie koić nasycona zieleń. Kawiarnia Boromwat, to miejsce z opłatą za wstęp. Tak to już tutaj jest, że jeżeli lokal ma do zaoferowania coś więcej niż kawę, to kończy się na dodatkowych opłatach. Ale uwaga – warto! Wokół kawiarni roztaczają się wielkie pola lawendowe, gryczane, a także sady, które cieszą nas różnorodnymi odmianami kwiatów. Smaku kawy nie pamiętam, ale było urokliwie. W drodze do kawiarni mija się pasące się na łąkach konie. A kto czytał moją książkę, temu od razu to miejsce nasunie się na myśl. Jak widać po zdjęciach, mi się bardzo podobało 😀 

@cafe_the_conteiner 카페 더 콘테나

Kolejna kawiarnia, w której nie byłam. Ale kto by nie chciał odwiedzić sadu mandarynkowego z ogromnym koszykiem na mandarynki, w którym można jeszcze napić się kawy? Musi być super! 

@miss.jeju 그리울땐제주

Nagle zjechaliśmy zupełnie na południe wyspy? Czemu? Bo po drodze nie zanotowałam, żadnych godnych miejsc. No może jedno, ale o nim na koniec. Z tej kawiarni, ze stolika położonego nad samym morzem nadawałam do Was lajwa książkowego na moim Instagramie. Był to pierwszy lajw i to właśnie wtedy podzieliłam się z Wami moimi planami wydawniczymi, więc to miejsce ma dla mnie specjalne znaczenie. Miałam też niezłą spinę! 😀 A wracając do samej kawiarni. Wygodne kanapy z widokiem na morze, dobre ciacho marchewkowe, dobra kawa i głos Jeffa Bernata w tle. Totalny relaks. Nie mówiąc już o tych bielach, na których tle się dobrze wychodzi 😉 

 @nature_canvas 네이커캔버스

Natur Canvas znowu zaprasza nas do sadu mandarynkowego. Okna, które są dosłownie jak malunki, mówią nam skąd nazwa kawiarni. Z tego co pamiętam, palą tutaj kawunię, więc jest dobra! My po prostu źle wybraliśmy – specjalność lokalu – kawę z mandarynką, no i było fe (ale jestem pewna, że to tylko nasze subiektywne odczucia). Ponoć na co dzień przebywa tu także piesio, ale podczas naszej wizyty miał akurat dzień wolny 😉  

@hasoro_coffee 하소로커피

Jak już o pupilach – dla fanów kotów i świeżo mielonej kawy. Ta kawiarni ma sporą palarnię kawy i zapach świeżo zmielonego napoju unosi się już na wejściu. Kawa jest pycha. Klimat jest zacny, a tu i tam wędrują lub śpią kocury, których sam widok niebywale relaksuje. Jedyny minus to brak wymarzonych widoków zza okna, choć okno mają ładne 😀

@jejuoneandonly 원앤온리 

Do One And Only przenosimy się w malownicze miejsce na południowym wschodzie. Ceny są mocno wygórowane, kawiarnia równie mocno zatłoczona, ale widoki mówią same za siebie – z tyłu piękna góra Sanbangsan, a przed nami morze. Na zewnątrz leżaki, pufy, na tarasie wygodne kanapy. Jeżeli nie zależy Wam na ciszy i spokoju, to polecam 😉

@jeju_lucia_ 카페루시아

Jeżeli zależy Wam na ciszy i spokoju, to zawitacie raczej do Lucii. Nie jest to jakoś pięknie urządzona kawiarnia, ale kawę mają dobrą i oferują przede wszystkim większe odosobnienie z widokiem na morze i palmy. Mój wzrok mówi sam za siebie? 🤪 Był relaks!

@cafe_the_other_side 카페이면

To okolice jednej z najbardziej popularnych plaż na wyspie, Hyeobje. Niestety miejsca nad samym morzem okupują sieciówki S-backsy i inne. Tutaj natomiast bez widoku na morze można napić się naprawdę dobrej zalewanej kawy i zachwycić minimalistycznym wystrojem wnętrza. Wyznanie – jeszcze mnie tam nie było, ale nie dość, że ma bardzo dobre opinie, to jest prowadzona przez daleką rodzinę męża 😉 więc mamy ją na swojej liście ‚must-see’! 

 @3rd_person_jeju 3인칭관찰자시점

Ostatnie kawiarni na mojej liście są jeszcze przeze mnie nieodwiedzone. Zauważyłam, że nie miałam nic do polecenia na północnym wschodzie, więc dodałam je spontanicznie. Niech im będzie! Ta kawiarnia jest dość tajemnicza. Ma dziwną nazwę (przetłumaczyć ją można mniej więcej tak: widok z perspektywy osoby trzeciej). Chyba mają kota. Chyba mają widok na morze. Mają otwarte tylko od czwartku do niedzieli. Hmm… Zaintrygowało mnie. Muszę to miejsce sprawdzić!  

@alley_cafe_oksu 골목카페옥수

To kawiarnia, którą chciałam odwiedzić i nigdy mi nie była po drodze. Z jednej strony ze względu na jej wiejski klimat, z drugiej strony na pieseła – który ponoć uwielbia nowo przybyłych gości.  

@magaridda_eunhyessi 마가리따은혜씨

Ostatnia na mojej liście jest kawiarnia, która też była inspiracją, do jednego z miejsc ujętych w powieści. Hydrokrater Seongsan Ilchulbong jest stąd widoczny jak na dłoni. Kawa – średniawka. Ale musicie przyznać, że widok jest satysfakcjonujący? 😉


Jak Wam się podobała wycieczka po kawiarniach na Jeju? 🌊

Następnym razem zabiorę Was na zwiedzanie pozakawiarniane! 😉 Miłego!

Wirtualna podróż po wyspie Jeju, część pierwsza


W kolejnych kliku postach chciałabym zaprosić Was na wirtualną podróż po moim ukochanym miejscu na ziemi – wyspie Jeju. Na ogólny opis wyspy zapraszam do wcześniejszego artykułu – Kamień, wiatr, kobieta (wstęp do wyspy Jeju). W części pierwszej podzielę wyspę na cztery części i opisze uroki każej z nich. W następnych zabiorę Was do moich ulubionych kawiarni, knajpek i nad najlepsze plaże. Tu powyżej widzicie jeszcze opustoszałą mapkę, ale wszystkie te oznaczenia świadczą o tym, że sporo się na niej będzie działo! To ruszamy przejażdżkę! 👇

A właśnie, à propos przejażdżek. Wyspa Jeju jest na tyle duża (1833.2 km²), że bez auta tu na urlop ani rusz. Mówię z doświadczenia choć wiem, że są osoby, które decydują się na zwiedzanie wyspy lokalnymi autobusami albo taksówką. No cóż… jeżeli nie masz prawka i stać cię na taksę, to okej (chociaż nie we wszystkich zakątkach i nie o każdej porze da się zamówić taksówkę – o łapaniu nie ma wogóle mowy), ale jeżeli myślisz, że wystarczy lokalny autobus, żeby zakosztować uroków wyspy, to niestety będzie rozczarka… Autobusy nie dość, że nie kursują zbyt często, są przeładowane lokalsami, to dojeżdżają tylko do głównych dróg, więc czekałoby nas na prawdę sporo dybania z buta. Za to są setki wypożyczalni samochodów lub – dla tych, którzy się wiatru nie boją – skuterów i ceny są przystępne, więc warto przygotować międzynarodowe prawko i zobaczyć Jeju tak, jak należy! 😉

Północno-zachodnie Jeju – miasto Jeju, Aewol i Hallim

Pierwsza, bo będąca miejscem, w którym najpierw się znajdziemy, dzielnica Jeju to tak na prawdę miasto o nazwie Jeju. Tutaj znajduje się lotnisko międzynarodowe, wypożyczalnie samochodów oraz kilka atrakcji rodem z natury, i tych turystycznych. To tutaj też łatwiej o jedzenie w przyzwoitych cenach.

Nie ma co jednak zabawiać w samym Jeju za długo, bo cała reszta fantastycznych zjawisk naturalnych, pięknych miejsc i kawiarni znajduje się poza. Więc jedziemy na Aewol. Aewol stał się znany z tego, że mieszkała tam słynna diva koreańskiego popu – Lee Hyori. Prowadziła nawet ze swoim mężem pensjonat w ich domu na potrzeby reality-show (chętni na gości musieli oczywiście aplikować). Po czym miejscówka stała się tak popularna pośród wścibskich Chińczyków odwiedzających wyspę, że musieli sprzedać swoją ziemię i się przeprowadzić (gdzie teraz mieszkają tego nikt nie wie).

Tuż obok leży Hallim, który daje odczuć nam ten tropikalny klimat, ciesząc oczy potężnymi palmami i lazurowymi plażami.

Północno-wschodnie Jeju – Jocheon, Gujwa, wyspa Udo

Północno-wschodnia część Jeju znana jest z pięknej nadmorskiej autostrady rozciągającej się wzdłuż przez całe wybrzeże regionu Gujwa. Morze w tym rejonie mieni się odcieniami lazuru, a plaże są pokryte złotym piaskiem.

Nic więc dziwnego, że jest to też mekka dla dających relaks oczom kawiarni z widokiem na morze. A także raj dla koreańskich surferów! 🌊

Gujwa znana jest również ze swojej historii z kobietami morza – haenyeo, które to tam prowadziły powstanie przeciw okupantom japońskim i gdzie teraz stoi pomnik upamiętniający to wydarzenie (przed Muzeum Haenyeo). W tym zakątku wyspy zagościła też wyspa Udo – Wyspa Krowia, nazwana tak ze względu na swój kształt, który ma przypominać kształt krowy. Wyspa Udo oddalona jest od Jeju o około 20min. rejsu promem i słynie z pięknych plaż i nadmorskiej trasy, którą można objechać wyspę jednym z wypożyczonych na niej, zadaszonych skuterów, przypominających tajskie tuk-tuki. Stąd też wybierając się na Udo lepiej zostawić samochód na parkingu przed portem.

Położony najbliżej od samego miasteczka Jeju region Jocheon słynie z plaży Hamdeok, tworzącej piękną lazurową zatokę, a także z położonych w okolicach wulkanu Halla terenów leśnych.

Południowo-wschodnie Jeju – Songsan, Pyoseon, Namwon

Posuwając się na południe, zajeżdżamu do Seongsan ze słynnym hydrokraterem, który jest jednym z cudów natury Unesco. Te trzy regiony są najbardziej nieturystyczne pod względem ilości pensjonatów. Ale do czasu, bo ma tu powstać drugie lotnisko i wszystkie możliwe ziemie są już wyprzedane…

Namwon słynie głównie z upraw cytrusów i nawet wzdłuż głównych dróg można zobaczyć wiele szklarni i sadów. To tutaj też zaczynają się popularne trasy wspinaczkowe u podgórzy Halla (aka wygasły krater).

Południowo-zachodnie Jeju – miasto Seogwipo, Jungmun, Andeok, Daejeong, Hangyeong

Ostatnie opisywane regiony Jeju mają w sobie również niemało uroku. Samo Seogwipo to jedno z dwóch miast położonych na Jeju, reszta określana jest mianem wiosek. Znajdziemy tu duże markety, McDonald i nawet stadion piłki nożnej – no, normalne miacho!

We czterech umiejscowionych centralnie na północnym-wschodzie regionach jest duuużo atrakcji turystycznych – i tych naturalnych (wiele z nich wpisanych na listę Unesco), i tych ręką ludzką rzeźbionych. Andeok słynie z pokrytych zielenią buszy (do części, z nich płaci się za wstęp 🤨) oraz pól zielonej herbaty. A Daejeong i Hangyeong z pięknych zachodów słońca, ciągnących się oczywiście przez całe zachodnie wybrzeże, i delfinów, które z łatwością można tu zobaczyć w ich naturalnym środowisku (potwierdzam, mam odhaczone!).

Na koniec – Marado to wyspa, która z jakichś względów zaczęła słynąć jjajangmyunem, czyli makaronem z pastą z czarnej soi. Ot taka ciekawostka. Nie byłam na niej choć lubię jjajangmyun. No po prostu nie uważam, że muszę po niego płynąć statkiem…

To mój ogólny opis wyspy, który zostanie jeszcze poszerzony w kolejnych postach. Będzie też duużo zdjęć z naszych podróży w ten zakątek ziemi. Może jakieś nagrania. Na zachętę wrzucam widoki z nad morza. 🌊

Do następnego! 😃

Z kupą Ci do twarzy. Czyli o koreańskich słodyczach


To ostatni post z bloga trzech postów – „Klapki na oczach”. Tym razem coś, co może zainteresować nie tylko klapkowiczów, czyli post o szokujących koreańskich słodkościach. Muszę przyznać, że w tym artykule są zawarte rzeczy, które są już mało aktualne, ale szkoda byłoby mi nie podzielić się z Wami, tym co mi jeżyło mój włos przed laty. Potraktujcie to jak retrospekcje.

😀 Zapraszam!

Drodzy Klapkowicze, w dzisiejszym poście nie za wiele o klapkach. Nasz blog zalecamy jednak czytać w klapkach, więc nie zdejmujcie ich chociaż na czas czytania. Jesteśmy pewni, że klapek niczym teleporter pozwoli Wam się przenieść metafizycznie do Korei i zbliżyć bardziej kulturowo do panujących tutaj zwyczajów. A więc klapki na stopy. 3 2 1 START! 😀

Dzisiaj coś nie na stopę a na ząb. Otóż opowiemy Wam trochę o koreańskich słodyczach. Słodycze, temat rzeka. Z któregokolwiek zakamarka ziemi by nie były, czy to Wyspy Dziewicze czy Kalkuta czy Jamajka, mają jeden wspólny punkt – są słodkie. W dziesiejszym poście ograniczymy się do tych dziwniejszych słodyczopodobnych koreańskich wynalazków, a także do, zaskakujących dla nas smakowo, kombinacji. Warto dodać, że prócz kilku godnych klapka smakołyków, generalnie koreańskie słodycze nie umywają się do tych z polskich półek. I nie jest to tylko nasze zdanie, można to także przeliczyć na kilogramy przybrane przez Koreanki (tak, w szczególności dotyczy to płci pięknej/nie jest to podparte statystyką, a raczej tym, co dobiegło naszych uszu) po wizycie w Polsce, wywołane efektem czekoladowym. Nie nasz w tym cel jednak, by opłakiwać koreańskie półki sklepowe. Chcielibyśmy przedstawić Wam kilka szalonych koreańskich słodkości.

Zacznijmy od czegoś na prawdę spaczonego. KUPY. 💩 W Korei powiedzenie „chodźmy na kupę” (o ile na kupę można chodzić zbiorowo 🤔) może mieć dwa przeciwstawne znaczenia. Pierwsze znane nam z codziennego życia, choćbyśmy nie wiem jak starali się to ukryć, wiąże się z wydalaniem, drugie natomiast wiążę się z pochłanianiem. Takim oto sposobem dwie KUPY leżą po przeciwnej stronie drogi pokarmowej. Oczywiście nie chodzi tu, przynajmniej nie w dosłowny sposób, o propagowanie diety w stylu „ zjedz, co już zjadłeś”, czy też o oszczędzanie na żywności w ten właśnie sposób. Koreańczycy delektują się kupą w postaci uroczych cisteczek, a raczej odwrotnie – ciasteczkami pod niewinną postacią kupy zwanymi – 똥빵 czyt. tong bang.

Kupy mają różne nadzienia, co czyni je jeszcze bardziej pożądanymi kąskami. Mogą być z nadzieniem czekoladowym, tofi, serowym czy też truskawkowym, jednak najbardziej popularne nadziewane są słodką czerowna fasolą. Wrzucam jeszcze najnowsze wynalazki kupowe wyczajone na Instagramie. Te poniżej są z 2021 roku, co świadczy o tym, że miłość do kupy wiecznie żywa. 💩

TRENDY KUPOWE 2021

czekoladki
żelki

lizaki
ciasta

Sam temat ekstytacji kupą, jest zbyt długi i mógłby być tematem na odrębnego posta, pozatym nie chcemy mieszać prawdziwej kupy w post o słodyczach, dlatego przejdziemy dalej. Jak wspomnieliśmy przed chwilą popularnym nadzieniem dla kupy jest fasola. Znana nam głównie z meksykańskiej kuchni czerwona fasola z puszki, w Korei również jest puszkowana, lecz w słodkim syropie i jest popularnym dodatkiem nie tylko do kupy, ale również do innych koreańskich deserów. Same chlebki w kształcie kupy pochodzą od chlebków w postaci ryby, tzw. 붕어빵 czyt. bungo bang, zwyczajowo nadziewanych właśnie słodką fasolą. Istnieje także ich odmiana lodowa, czyli wafelek w rybnym kształcie z nadzieniem z lodów waniliowych i fasoli.

„Niestety” producentom tych lodów zachciało się w tym roku (mowa o 2021) zaeksperymentować na całego i prócz wersji z lodami o smaku zielonej herbaty czy czarnego sezamu, które zostały w zeszłych latach wprowadzone na rynek, wypuścili też serię lodów rybek z ostrym sosem 🔥 do 불닭, czyt. buldak (istnieje taki makaron instant znany w wypalania gardła właśnie z tym sosem). Koszmar – mówię z doświadczenia, bo mąż przyniósł 3 sztuki, ciesząc się, że była okazja i dawali 3 w cenie 2. Okazało się, że po gryzie od każdego z nas skończył w zlewie….A dwa pozostałe starzeją się w zamrażarce 😢

Po prawej lody/po lewej ciepłe chlebki nadziewane fasolką
lody z ostrym sosem – rybka aż płakała
na pozór urocze, różowe
a w środku fasolowo-pikantne piekiełko

Kolejnym przysmakiem podawanym ze słodką fasolą jest lód. Gdy tylko w Korei topnieją zimowe lody, rozpoczyna się długo wyczekiwany sezon na 빙수 czyt. bingsu, czyli koreański sposób na ochłodę w postaci kruszonego lodu z dodatkami. Te najpopularniejsze i tradycyjne bingsu to deser z dodatkiem czerownej fasoli tzw. 팥빙수 czyt. pat bingsu, często serwowane w sposób w jaki możemy je podziwiać na zdjęciu poniżej, czyli w postaci samego skruszonego lodu z fasolą.

Obecnie odmian bingsu są setki, a do bardziej popularnych bingsowych lokali wiją się kolejki. Na zdjęciach poniżej możecie podziwiać kilka rodzajów. Te bardziej ekskluzywne wersje są wydrążone w owocach.

Nasze klapki poniosły nas ostatnio na oreo bingsu, zrobione z pokruszonych ciasteczek oreo (na zdjęciu oznaczone-3). I musimy przyznać, że były warte klapka. Cały czas jednak nie możemy się nadziwić skąd ta ekscytacja kruszonym lodem. I skąd te ceny za deser, w którego skład wchodzi praktycznie woda i fasola (ceny wachają sie od 20 do 60zł). Bingsu to deser, który jest też chętnie przyrządzany w koreańskich domach.

Na zdjęciu widnieje typowe domowe bingsu z roku 2013. Widzicie pomidorki?

TRENDY BINGSOWE 2021

bingsu w kształcie góry Halla z wyspy Jeju
bingsu z oczami
bingsu-bungo

Na zdjęciu powyżej widzicie typowe owocowe bingsu. Owocowe, więc nie mogło oczywiście zabraknąć pomidora!🍅Nie chcemy pomidorowi odbierać tytułu owoca, niemniej jednak jest to jeden z nielicznych owoców traktowanych w większości krajów jako warzywo ze względu na jego wykorzystanie w kuchni. No cóż, nie w Korei. Oczywiście każdy zajada się spagetti z sosem pomidorowym, pomidora nie znajdziecie jednak na stoisku obok marchewki, a raczej koło pomarańczy czy truskawki, a dokładniej mówiąc zamiast truskawki. Gdy tylko kończy się sezon na truskawki, a kończy się wiosną, zaczyna się sezon na pomidory i to one właśnie zastępują truskawki w deserach. Wskakują więc sprytnie nie tylko w bingsu, ale także lubią się polansować na tortach.

Ten trend pomidorowy na całe szczęście minął i nie widuję już pomidorów w deserach czy na tortach, ale soki z pomidorów z syropem cukrowym są tu cały czas na porządku dziennym. 😅 

a kuku!

Jakież było nasze zdziwienie po pierwszych urodzinach spędzonych w Korei, gdy z naszego urodzinowego tortu uśmiechał się do nas pomidor. Klapki nam dęba stanęły! Nie są one jednak jedynym niestandardowym elementem koreańskich tortów. Kolejnym bohaterem jest ziemniak. Może nie zwykły, lecz jego słodka odmiana 고구마, czyt. goguma , czyli batat. Niemniej jednak ziemniak to ziemniak, to coś, co rośnie w ziemi. Taki oto też ziemniak, dziecko ulicy trafia na urodzinowy tort, czyli na salony i brata się z bitą śmietaną, a nawet pozwala sobie na więcej i zamienia się w tortowe nadzienie. 

Ten trend też już na całe szczęście prawie zaniknął, ale zastąpiły go inne batatowe wytwory. 😂

BATATOWE TRENDY 2021

batatowa bułka na słodko
batatowe ciasteczka ryżowe
batatowe makaroniki
lody w batacie

Szacunek ludzi ulicy!

Na koniec jeszcze dość oryginalne lody, czyli coś  co wygląda jak wielka zawijana chrupka kukurydziana i jest napełniane wewnątrz lodami waniliowymi. Ten pomysł nam się akurat podoba!(Bodajże przetrwały po dziś dzień!)

 A oto nasze hasło na następne tygodnie:

A ja tym hasłem żegnam się z moim klapkowym blogiem, adios!🤪

Powstanie kobiet morza podczas okupacji japońskiej 


CZYLI HAENYEO NIE TYLKO JAKO SYRENA, ALE I KOBIETA WALCZĄCA

Wiecie, że jestem zafascynowana haenyeo – nie da się tego ukryć. Kolejny powód, dla którego tak jest, opiszę w dzisiejszym bazgroleniu. Tym razem całkiem na poważnie.

„Najodważniejsze, bo najwięcej im odebrano…”

Okupacja japońska trwała w Korei od 1910 do 1945 roku. 

Wiele praw człowieka zostało po drodze oczywiście podeptanych, bo gdzie bezlitosny pan tam i wykorzystywany sługa. 

Tak było też z prawami haenyeo. Zawód haenyeo, który należał do najcięższych w tamtych czasach. – Kobiety wstawały przed świtem i narażając życie wychodziły na połów w morze by po powrocie pracować jeszcze w polu, zajmować się dziećmi i domem. – O trudzie ich życie mówi nam też tekst pieśni, którą haenyeo śpiewały wypływając statkami w morza, a która gości na ich ustach po dzisiejszy dzień.  

“Mimo tego żyję, mimo tego żyję. Matka urodziła mnie w dzień, kiedy nie było ni słońca, ni księżyca i teraz muszę się zmagać z tak ciężkim zawodem…” – Mimo tego żyję – pieśń ludowa haenyeo

Wykorzystywane i wycieńczone haenyeo były nie tylko pierwszymi kobietami, które sprzeciwiły się okupacji japońskiej, podniosły one też największe powstanie w kraju w latach 30tych XX wieku. 

Na czele powstania i demonstracji przeciw wyzyskowi Koreańczyków przez władze japońskie na wyspie Jeju stanęło tych pięć młodych kobiet – Kim Ok Ryeon (김옥련), Bo Choun Hwa (부춘화), Bo Deok Ryang (부덕량), Go Cha Dong (고차동), Kim Gyae Seok (김계석) – kiedy powstańcze iskry zapłonęły w ich sercach miały one na przełomie 17~19 lat. 

Od lewej Bo Choun Hwa, Kim Ok Ryeon, Bo Deok Ryang

Co je do tego zmusiło? 

Prawa haenyeo podczas okupacji japońskiej były coraz bardziej lekceważone. Praca, która wcześniej mimo bycia nad wyraz niebezpieczną przynosiła godne zarobki, stała się wyzyskiem. Ceny wyławianych owoców morza zaczęły być bezprawnie zaniżane, a wiele haenyeo wyjechało nad wybrzeża Japonii, Chin czy Rosji, myśląc, że w ten sposób jakoś utrzymają rodzinę, ale wracając z zagranicznym zarobkiem i tak były grabione przez okupantów. W końcu 1920 roku haenyeo założyły stowarzyszenie haenyeo, mając nadzieję, że będą mogły przeforsować swoje prawa. Niestety tego samego roku na czele władz administracyjnych wyspy Jeju stanął Huzinada Takeshi, który rozpoczął okres jeszcze większej dyskryminacji robotników i w 1925 roku haenyeo pozostawały z niecałymi 20% swoich dochodów. 

Monument upamiętniający Bo Choun Hwa, Kim Ok Ryeon, Bo Deok Ryang – pozostałe dwie kobiety zostały dopiero niedawno uznane za swój wkład w powstanie.

I tutaj pojawiły się one – dzielne młode kobiety. Pod pozorem recytowania tekstów na szkolnym spotkaniu, wylały swoje serca mówiąc o niesprawiedliwościach jakie spotykają ich matki i ich same. To rozpaliło tylko tlący się w nich ogień i przekonało ich i kobiety z ich otoczenia o tym, że nie powinny cicho poddawać się sytuacji.   

Od roku 1931 pod ich przewodnictwem zaczęły się pierwsze rozruchy, żeby 7go stycznia 1932 roku doprowadzić do protestu osiemdziesięciu haenyeo, które z harpunami w rękach wyszły na wybrzeże wzdłuż plaży Sehwa domagając się przywrócenia im prawa do godnej pracy. Demonstracja ucichła, gdy administrator obiecał wysłuchać ich warunków. Niestety były to puste słowa. 12stego stycznia haenyeo potrojone liczebnie wywołały powstania, dobijając się do siedziby Takeshi, który znowu obiecał wcielić ich roszczenia w życie w ciągu pięciu dni. W zamian za to przygotował oddziały, które miały powstrzymać rozdrażnione haenyeo, siłą. 27 stycznia próbowały jeszcze powstrzymać nadpływających na Jeju oprawców, tłumem otaczając i chcąc przewrócić ich statek. Skończyło się jednak aresztem i torturowaniem ponad stu powstańczyń, włączając pięć kobiet wymienionych powyżej. Jedna z nich – Bo Deok Ryang, po sześciu miesiącach przebywania w areszcie nabawiła się ostrych powikłań po zapaleniu płuc i umarła (stąd zdjęcie za młodu). 

Pomnik upamiętniający powstanie haenyeo

Ani groźby , ani areszt, ani tortury nie stłamsiły jednak rozpalonych serc haenyeo i na przestrzeni 1931~1932 roku odbyło się łącznie 238 demonstracji, w których wzięło łącznie udział 17,130 osób.  

Na tę cześć przebywający wówczas w więzieniu mąż jednej z uczestniczek powstania napisał piosenkę, która do dzisiaj gra w sercach haenyeo i daje im siłę, przypominając o historii ich matek, babć i prababć.

Pomnik z tekstem ‚Piosenki haenyeo’

My niezliczone haenyeo z wyspy Jeju 

Znamy żałość istnienia 

Czy zimno czy pada 

Nasze ciało poddajemy temu morzu i tej wodzie 

Wychodzimy o świcie, wracamy o zmierzchu 

Dając piersi dziecku, robimy kolację 

Cały dzień wysiłku przynosi dobrą zapłatę 

Ale ciężko żyć, bo westchnienie wybudza nas ze snu 
Od małego rozstanie z domem, rodzicami i rodzeństwem 

Żeby utrzymać całą rodzinę na swych własnych barkach 

Od portu do portu by zarobić na życie 

Przekraczamy to straszne morze przepełnione wysokimi falami 

Gdzie się tylko nie zjawimy 

Ci dranie nas wyzyskują 

Wysysają nasz pot i krew 

Gdzie mamy się podziać – my niezliczone haenyeo?

W przygotowaniu tekstu pomógł mi film „ 제주해녀항일운동 – 나는 해녀이다”, oraz namu.wiki

Zdjęcia: https://blog.daum.net/kshan48/8750669, http://www.ilganjeju.com/news/articleView.html?idxno=51397 , https://www.pressian.com/pages/articles/233063?no=233063#0DKU, https://m.blog.naver.com/kspak56/221822707702 

Klapkowe stylizacje w koreańskim wydaniu


Ostatnim razem przedstawiłam Wam mojego zakopanego klapkowego bloga: „Klapki na oczach”. Dzisiaj wracam z artykułem o klapkowej modzie z dodatkowym akapitem bogatym w najnowsze klapkowe trendy. 😀

Czy ktoś wogóle kojarzy jeszcze to słonko z Teletubisiów?

Post opublikowany w 2013 roku pisałam do Was w lipcu i w szczycie pory deszczowej, więc powyższe słoneczko było tylko marzeniem. Pisałam tak: „Właściwie to życzylibyśmy sobie żeby było słonecznie, bo w Seulu szczyt pory deszczowej. Każdy trzyma srepy w pogotowiu, gdyż wiadomo, że nie ma nic lepszego na ciepły letni deszcz niż porządna srepa. Pomimo popularności kaloszy srepy zawładnęły zalanymi strugami deszczu seulskimi ulicami.” ☔️

Na całe szczęście teraz piszę patrząc na opadające deszczem płatki przekwitającej wiśni, mieniące się w promieniach słońca (z salonu mam widok na las). 🌸

Idealna pora, żeby podzielić się klapkową oraz skarpetową modą.
Historia srepów przedstawionych w poprzednim poście, czyli tradycyjnych trójpasiaków zwanych po koreańsku 삼선 쓰레빠, (czyt. samson srepa, czyli właśnie trójpasiaki) sięga piętnastu lat wstecz (teraz to musi być 23 lata do tyłu) – kiedy to właśnie marka na „a” wyprodukowała model, który stał się wzorem do naśladowania dla koreańskich producentów, a teraz bije rekordy popularności wykraczające nawet poza granice półwyspu koreańskiego. Trójpasiaki stały się na tyle popularne, że w tej chwili podróbki podróbek (oryginalnie zapoczątkowanych w Korei) są produkowane masowo rownież w Chinach i nie tylko. Żeby się przebić marki produkują już srepy nie tylko w oryginalnym kolorze granatowym, lecz rownież popularne szczególnie pośród gimnazjalistek i licealistek srepy w kolorze rożowym, kanarkowym czy też zielonym. Prawdziwa srepowa tęcza. 🌈

I tutaj pojawia się pierwsza, jedna z popularniejszych srepowych stylizacji, czyli srepa w połączeniu ze szkolnym mundurkiem. Mundurki rożnią się w Korei kolorem i dizajnem od szkoły do szkoły i to właśnie srepy są elementem jednoczącym uczniów. Oczywiście srepy w zestawieniu ze szkolnym mundurkiem wymagają dodatku w postaci białej skarpety. W tym zestawieniu nadają one bowiem srepie jeszcze bardziej klasyczny, wręcz naukowy wygląd. Skarpetę z obrazkiem lub wzorem polecałabym na pozaszkolne wypady lub wycieczki metrem.

Druga stylizacja to srepa biurowa. Wszyscy urzędnicy, pracownicy firm oraz pracownicy na innych stołkowych posadach rano w drodze do pracy wyglądaja nienagannie – garniaki, garsonki, krawaty, broszki, połyskliwe pantofle – elegancja Francja. Sytuacja zmienia się natychmiastowo po przybyciu na miejsce pracy. Wtedy każdy dbający o siebie pracownik zamienia pantofle na srepy i cieszy się wolnością stopy i wygodą. Ci, którzy spędzają za biurkiem dłuższe godziny pozwalają sobie nawet na luksus w postaci srep ortopedycznych czy też z masażerami.

W moim teamie był pan, co miał takie wysadzane kamieniami (o zgrozo!)

Kolejnym miejscem gdzie srepa to niezbędny jak woda dodatek jest biblioteka. Każdy, kto zamierza spędzić w bibliotece dłużej niż godzinę, przywdziewa srepy. Przy wejściu do biblioteki są zazwyczaj zamontowane czytniki kart, do których należy przyłożyć legitymację, aby zostać wpuszczonym do środka. Jest to dosyć niewygodny precedens, ponieważ trzeba wygrzebywać legitymację z dna plecaka. Stąd też mój pomysł na montowanie czipów w srepach. Byłoby to dużo praktyczniejsze! Na zdjęciu poniżej – przykład nieporozumienia jakie może wyniknąć w trakcie pilnej nauki w bibliotece.
Łatwo jest bowiem pomylić swoje srepy ze srepami sąsiada z naprzeciwka. Ciekawe swoją drogą jak ten klapkowicz wybrnął z tej niezręcznej sytuacji? A może to on podsunął swoją srepę, bo wolałby różowe srepy kolegi…

Z powyższych opisów wynika, że w Korei srepy są szczególnie popularne pośród zasiedziałych, co jest napewno powiązane z żądzą wygody i zainteresowaniem zdrowiem. W samych koreańskich domach nie nosi się ni klapek ni kapci, a raczej pasie się stopę na wolności. 

Co do systemu edukacji, system edukacji w Korei jest jednym z najbardziej hardkorowych systemów na świecie. Uczniowie przesiadują w szkołach od wczesnych poranków po późne wieczory, po szkole uczęszczają dodatkowo do szkół prywatnych lub mają tak zwane 야자, czyt. jadzia (야간 자유 학습), czyli nocne godziny nauki, podczas których przesiadując w szkole uczniowie douczają się pod opieką nauczyciela. Tym oto sposobem biedne koreańskie dzieci spędzają w szkole więcej czasu niż w domu czy na podwórku i tym samym klapki stają sie ich najlepszym przyjacielem. Podobnie jest ze stołkowymi, czyli osobami pracującymi za biurkiem. Tak jak w przypadku godzin nauki w Korei, i godziny pracy przeważają w osobistym kalendarzu. I jak tu żyć bez klapka?

Klapek to jednak wierny towarzysz nie tylko w pracy czy przy nauce, to ikona mody w zmaterializowanej postaci. Miniówa, stylówa plus srepa. Młodzi i wylansowani Koreańczycy plus srepa. Skąd taki srepowo-stylowy mezaljans? Otóż Koreańczycy uważają, że srepy wyglądają słodko i niewinnie, są 귀엽다, czyt. kjopta, czyli ‚cute’. A być słodkim w Korei to znaczy wszystko, to bycie pięknym i seksi w jednym, niezależnie od wieku czy płci, bycie słodziakiem to coś, czego każdy pragnie. Moje hasło na ten tydzień to : noś srepa i stay cute! 😘

W poniższym dodatku zamieszczam najnowsze srepowe stylizacje i trendy oraz klapki, które bym chciała mieć po tym jak znoszę swoje błękitne Kuboty z Biedry (prezent przywitalny od kuzynki po moich odwiedzinach w PL). 🙏

STYLÓWKA TOP 3

k1mmg
folder korea
o4.13m

MOJE REKOMENDACJE

구름슬리퍼 – klapki chmurkowe, można się poczuć jak Michelin.

Klapki kapuściane
Klapki patrzące w zdumieniu od Brunch Brother (uwielbiam ich)

Blog „Klapki na oczach” – miało być zabawnie o Korei – był słomiany zapał w moim wydaniu


Ilu z was może się „poszczyćić” mianem słomiaka? Ja zawsze miałam do wszystkiego słomiany zapał. Chciałam spróbować tego i owego i często faktycznie wdrażałam moje pomysły w życie, ale mój zapał nie przekraczał trzech miesięcy. Pierwsza noc, po tym jak pojawiał się pomysł –nieprzespana, potem stopniowe oziębienie i równie szybkie jak pojawienie się ekscytacji, wypalenie się – to mnie właśnie charakteryzowało przez lata. Tak było z poniższym blogiem – anonimowym blogiem o Korei założonym w 2013 roku, w którym jak widać miałam zamiar przedstawiać szerokopojętą Koreę z przymrużeniem oka i na wesoło. Co by było gdybym wytrwała? Nigdy się nie dowiem! Na tym właśnie polega problem bycia słomiakiem. Większość rzeczy wymaga przecież systematyczności i pasji, a sukces w szerokopojętym tego słowa znaczeniu, nie przychodzi bez wysiłku.

Szkoda mi było jednak usunąć tego bloga i tak oto istnieje sobie gdzieś w internetowej czasoprzestrzeni. Postanowiłam go chociaż na chwilę przywrócić do życia, więc dzielę się z Wami moim zakopanym pomysłem. Na pierwszy rzut idzie przedstawienie autora – mnie, która podawała się za „tańczących z klapkami” oraz post, który przedstawia całą tę klapkową ideę. Pozostałe dwa z całych trzech postów chcę trochę uwspółcześnić (w końcu to 8 lat temu – w szybko rozwijającej się Korei). 😃

http://klapkinaoczachblog.blogspot.com/

Tańczący z klapkami

Mieć klapki na stopach to żaden wstyd. Wręcz przeciwnie, przewidujemy, że ten trend opanuje niedługo wszystkie stopy żądne blasku. Klapki to takie drugie blues way shoes czy złote ciżmy naszej epoki. Przełamując konwenanse, pokażemy Wam, że ten modny i wygodny dodatek nada się o każdej porze roku, gdyż dobra skarpeta jest jak wisienka na torcie! Blogujemy do Was z kraju, gdzie widok klapka to chleb powszedni, z kraju cichobiegów. Może też właśnie od tego nazywanego „krajem cichego poranka”– Korei Południowej. Nasz blog pod przepiękną metaforą „klapki na oczach” ma na celu pomóc Wam zdjąć klapki z oczu i przenieść je na Wasze piękne stopy, czyli promować kulturę klapkową w Polsce, a także przybliżyć kulturę Korei w niestandardowy sposób tym, którzy wiedzą o Korei tylko tyle, ile udało im się wyczytać w standardowych czytadłach. U nas bez uogólnień, pozytywnie i zdrowo!

Przywitanie z klapkiem, część pierwsza (poniedziałek, 1 lipca 2013)

Drodzy Klapkowicze, oto nasz pierwszy post, w którym chcemy Wam przybliżyć treści, jakie będziemy zawierać na łamach naszego bloga oraz wyjaśnić w szczegółach termin klapka. Otóż, planujemy się z Wami dzielić najnowszymi klapkowymi trendami prosto z kraju klapka – Korei Południowej. Ale nie poprzestaniemy na samych klapkach! Dla tych bardziej ciekawych kultury koreańskiej będziemy też pisać o różnicach kulturowych, umieszczać szokujące zdjęcia koreańskich wynalazków, pokazywać życie codzienne w Korei i samych Koreańczyków, wynajdywać co ciekawsze programy telewizyjne, a także korespondować “strit feszyn” z najgorętszych modowo zakamarków Seulu. Co Wy na to? Brzmi hot?

Ci, którzy nie mieli okazji odwiedzić kraju cichobiegów – Korei lub nie mieli większej styczności z jego mieszkańcami, mogą się zastanawiać skąd ten KLAPEK w nazwie bloga nawiązującego do Korei. Bez obaw, zaraz Wam wszystko wyjaśnimy – wyłożymy Wam klapka na ławę.

Klapki wracają ostatnio do łask dzięki braciom hipsterom, którzy wdzięcznie paradują w klapkach z naszego dzieciństwa – Kubotach. Kuboty to nie tylko modny i klasyczny dodatek, to także marka oraz wygoda. Dzięki odrodzeniu się Kubot klapki powoli zaczynają zyskiwać miano kultury powszechnej w Polsce. Przynajmniej my na to liczymy! Liczymy na to, że za kilka lat można będzie mówić o Polsce z dumą jako o drugim po Korei, pierwszym w Europie kraju klapka. I pragniemy przyczynić się (dołożyć klapka) do promowania kultury klapkowej w Polsce.

A jak jest zatem w Korei? W Korei, klapki są na tyle rozpowszechnione, że można je niemal nazwać elementem stroju ludowego. Klapki tu, klapki tam, klapki wszęęędzie i na każdą okazję. Klapki do tańca i do różańca. Klapki do sukienki, do garniaka, klapki jako element szkolnego mundurku, klapki na balety, klapki na rower. Klapki klapki klapki!!! I tutaj STOP. Zanim wiecej o klapkach, musimy przewrócić Wam świat klapka do góry nogami, tzn. od teraz będziemy w większości przypadków posługiwać się koreańskim terminem na klapka czyli 쓰레빠 czyt. SREPA. Prosimy Was o utrwalenie sobie „srepy” głeboko w Waszej podświadomosci.
Skąd „srepa”? Wydawałoby się, że to po prostu czysto koreańskie słowo oznaczające klapka, nic bardziej mylnego. Srepa to amerykański “slipper”. W koreańskim słowniku występuje co prawda rownież słowo 슬리퍼 czyt. slipo, aczkolwiek jest ono rzadko używane na rzecz srepy. Określenie „srepa” przyplynęło ponoć do Korei od sąsiadów Japończyków. W języku japońskim nie ma odpowiednika “l” i nie jest ono wymawiane stąd też po japońsku “slipper” to sripa i właśnie z tego określenia narodziło się koreańskie „srepa”. Czyż nie piękna i wdzięczna nazwa? Jedno jest pewne, nazwa srepa ma w sobie moc przekazu! W Korei określenia srepa używa się teraz w odniesieniu do niemalże wszystkich rodzajów bardziej odkrytego obuwia, nawet w przypadku sandałów lub bardziej zakrytych gumiaczy typu kroksy. Niemniej jednak tradycyjne srepa wyglądają tak jak przedstawione poniżej lub też powyżej na obrazku. Te klasyczne mają kolor granatowy (podobnie jak kuboty). Charakteryzują sie trzema białymi paskami na których może, lecz nie musi występować napis „KOREA”. Tudzież z napisem “made in korea”. W celu promocji zdrowego trybu życia posiadają one też różnego rodzaju wypustki w wewnetrznej podeszwie i są dopasowane kształtem do stopy. Cóż za luksus! Ponadto dostępne sa one w przyzwoitej cenie od 3000 do 5000 koreańskich won (okolo 10-15 pln).

Te tradycyjne to podróbki popularnego modelu z firmy na „A”. Jak dla nas podróbki góruja nad oryginałem! Dzięki wewnętrznym wypustkom gwarantują nam lepszy komfort, troszcząc się o nasze krążenie. Pod wzgledem dizajnu nie rożniąc się od orginału reprezentują prostotę i klasykę, no i oczywiście cenowo wygrywają (ceny oryginału wachają się od 20.000 do nawet 50.000 won, tj. 60-150pln)!

To tyle o srepach w naszym pierwszym poście. W następnym będziemy kontynuować o historii srepa oraz jego zastosowaniu. Niech srepa bedzie z Wami! 😃

Recenzja książki “Kim Jiyoung. Urodzona w 1982”, Cho Namjoo


„Wszyscy wiedzą, ale nikt nie wiedział… Twoja i moja historia.”Kim Jiyoung. Urodzona w 1982

Byłam raczej negatywnie niż pozytywnie nastawiona przed przeczytaniem książki Cho Namjoo pt. “ Kim Jiyoung. Urodzona w 1982 roku”. O filmie nakręconym na podstawie tej właśnie książki było dosyć głośno w Korei – mówiąc, że to feministyczny film uwydatniający aż zanadto akty dyskryminacji kobiet w Korei, żeby wzbudzić litość nad sytuacją kobiet w koreańskim społeczeństwie.

A jak jest naprawdę? 

Jak już powiedziałam byłam nastawiona raczej pejoratywnie przed samą lekturą. Nie widziałam filmu, a moja opinia była oparta na opinii męża, który wyrobił sobie własną, czytając komentarze o filmie, którego sam nie widział – komentarze oczywiście pisane przez mężczyzn. Szanuję zdanie mojego męża i nie jestem feministką, pomimo, że jestem dumna z tego, że jestem kobietą i kocham kobiety. I tak zrodziło się moje wstępne zdanie o tej książce, której jeszcze w swojej ręce nie miałam. 

Nadarzyła się jednak okazja do przeczytania książki i to po polsku (a muszę Wam powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam jakąkolwiek powieść po polsku), ponieważ dostałam ebooka do recenzji od wydawnictwa Mando, które to właśnie dzisiaj oficjalnie wydaje “Kim Jiyoung…”. Byłam tym faktem dosyć podekscytowana, więc od razu zabrałam się do lektury. 

Książką opowiada historię przeciętnej koreańskiej kobiety urodzonej w 1982 roku, z najbardziej przeciętnym imieniem jakie można by nadać w tym właśnie roku swojej córce (imię Jiyoung było w 1982 najczęściej wybieranym imieniem kobiecym, a Kim to taki koreański Nowak). Sama znam jedną Kim Jiyoung (co prawda z młodszego rocznika) i imienniczko-rówieśniczkę bohaterki, więc coś musi być na rzeczy!

Bohaterka żyjąca z mężem i córeczką rezygnuje z kariery, żeby wychować dziecko i powoli zaczyna “tracić zmysły”, w chwilach wyczerpania podświadomie wcielając się w inne kobiety z jej życia przed swoim mężem. Mąż niepokoi się stanem żony, myśląc, że mogą być to objawy depresji poporodowej i wysyła ją na terapię do psychologa.  

W książce dowiadujemy się o różnych etapach z życia Jiyoung – życiu jej matki przed narodzeniem córki, czasach wczesnoszkolnych, liceum, studiach, pierwszej pracy. Wszystkie te stadia jej życia skupiają się na zdarzeniach, w których w jakiś sposób była dyskryminowana ze względu na płeć – przedstawieniu patriarchalnego systemu wychowania w Korei, na seksistowskich doświadczeniach, ograniczonych możliwościach rozwoju kariery, itp..  

O ile mogę się zgodzić, że książka pokazuje wybiórczo same ciężkie momenty w życiu kobiety i może to czynić ją książką feministyczną, to jako kobieta i jako kobieta żyjąca w Korei od kiedy tylko wkroczyła w dorosły wiek, nie mogę powiedzieć, że którakolwiek z przedstawionych w książce historii wydaje mi się być przesadzona – hasztag #ciężkobyćkobietą. Każda z nich jest prawdopodobna.

Niemniej jednak wiele się zmieniło od książkowego rocznika 82. Natomiast wcześniejsze roczniki (przed 82) miały znacznie ciężej, żyjąc w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta niewiele znaczyła oprócz bycia matką i to najlepiej matką syna.

Nie wiedząca o tym, że jestem w trakcie lektury teściowa, ni stąd ni zowąd zwierzyła mi się w ten weekend jak była traktowana przez swoją teściową – jak przysłowiowa domowa kwoka. Tylko mogę się domyślać, jak było jej ciężko, skoro babcia męża po dzień dzisiejszy uważa męskiego potomka za bryłę złota twierdząc, że powinniśmy jej sprawić prawnuka. Odpowiedzialność za obecność na rodzinnych imprezach też spada na żonę i miałam okazję już dostać reprymendę o tym, że pojawiamy się za rzadko.

Dawna Korea oparta o konfucjanizm z mężczyzną jako nieomylną głową domu, potem uboga rolnicza Korea, gdzie syn oznaczał kolejną parę rąk do pracy zmieniła się w zastraszającym tempie w jeden z najlepiej rozwiniętych technologicznie krajów na świecie.  

Zmiana społeczeństwa na tle płci postępuje może trochę wolniej, ale postępuje. Kobiety, które w końcu zabrały głos doprowadziły do poprawienia się sytuacji i w rodzinach i w życiu społecznym. Coraz więcej jest firm, w których urlop macierzyński nie oznacza końca kariery, coraz więcej kobiet na wysokich stanowiskach. W mojej korporacji dziesiątki kobiet szły na urlop macierzyński połączony z wychowawczym, który trwał nawet do półtora roku. Byli i mężczyźni decydujący się na urlop tacierzyński. Mężczyznom nawet na wyższych stanowiskach nie uszłyby płazem seksistowskie wtręty. Choć takie zmiany nastąpiły w przeciągu ostatnich kilku lat i sama mogłam obserwować jak to się powoli zmienia. Jak akcja #metoo spododowała, że biurowi zboczeńcy zaczęli trzymać ręce przy sobie i traktować poważnie szkolenie o molestowaniu seksulanym.

Książka mówi też o tych dobrych zmianach, pokazując jednak, że nie są one jeszcze wystarczające, żeby kobieta mogła się poczuć równa. I nie mogę się z tym nie zgodzić.

Po przeczytaniu książki, stwierdziłam, że to po prostu zbiór faktów z życia kobiety (z resztą większość zdarzeń poparta jest danymi statystycznymi). Uznałam więc, że to z kontrowersyjnym filmem musiało być coś nie tak i następnego dnia (a książkę przeczytałam w jeden dzień) sięgnęłam po ekranizację na Netflixie – obsada niczego sobie – Jung Yumi i  Gong Yoo. 

Film okazał się być moim zdaniem jeszcze mniej “feministyczny”, pokazując na końcu, że da się pogodzić jakoś rodzinę i pracę zawodową w życiu kobiety, w kochającej rodzinie.   

Jak dla mnie to raczej historia dająca nadzieję i mobilizująca do walki o własne szczęście. Takie jest moje ogólne wrażenie po przeczytaniu i książki i obejrzeniu ekranizacji. Po przeczytaniu samej książki musiałam się chwilkę zastanowić jakie było przesłanie – “czyli co mamy nie rodzić dzieci, bo to źródło wszelkiej niedoli”? Ale może to tylko moje odczucie…

Czy warto przeczytać książkę?

To zależy od tego, czego oczekujesz od koreańskiej literatury…. Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak wyglądało koreańskie społeczeństwo i życie kobiet w Korei lata wcześniej – to tak. Jeżeli liczysz, że przez tę książkę dowiesz się czegoś o współczesnej Korei – to z przymrużeniem oka, nie uogólniajmy. Pojęcia wyjaśnione w przypisach raczej mylą niż czegoś uczą (system oceniania na uniwersytecie ujęty w przypisach zupełnie odbiega od tego jak nas oceniano na uni., rodzice głównej bohaterki prowadzą restaurację sprzedającą koreański kleik 죽, jook, który w książce jest nie wiedzieć czemu przetłumaczony na congee i inne…). Może dlatego, że książka tłumaczona jest z angielskiego, a może to fakt, że dawno nie czytałam polskiej książki – język jest jakiś nieswój na samym początku.  

Podsumowując, osobiście książkę polecam, ale w pakiecie z filmem 😊