Moje spotkanie z syreną – czyli rozmowa z haenyeo


W lipcu miałam okazję spędzić dwa tygodnie na wyspie Jeju w ramach programu Digital Nomad, który sponsorował mi hotel i zaprosił do uczestniczenia w kilku atrakcjach turystycznych. Pierwszą z nich i tą, która najbardziej mi zapadła w pamięci była poniższa przygoda, ponieważ dała mi w końcu okazję do rozmowy z prawdziwą haenyeo. Dzielę się z Wami krótkim “wywiadem”, jaki przeprowadziłam z tą dzielną kobietą morza 🧜‍♀️

Na początku rozmowy
W motorówce, w drodze powrotnej

Haenyeo Yeong Ja Cheon (천영자), wiek około 70 lat 

Seniorka haenyeo Yeong Ja Cheong zaczęła połowy w wieku 19 lat. Teraz ma już za sobą ponad pięćdziesięcioletni staż w zawodzie.  

Spotkałyśmy się na wyspie 형제섬, Hyeongje-seom (Braterska Wyspa) – jednej z wysepek na wybrzeżu wyspy Jeju. Siedząc na plaży w daszku z dużym rondem w kolorze fuksji, chroniącym jej twarz przed słońcem, czekała na nas – turystów podekscytowanych na myśl, że za chwilę będziemy mogli zobaczyć życie pod taflą wody – coś co dla niej było więcej niż powszedniością. Choć nie była ubrana w swój skafander, ja, od razu dostrzegłam w niej haenyeo – jej oczy emanowały nieopisanym smutkiem i bólem, głębokie jak ocean, kryjące w sobie tysiące podwodnych wspomnień.  

  • Jest Pani haenyeo, prawda? – zapytałam jak tylko udało mi się zejść z pontonu. 
  • Tak – opowiedziała na odczepnego.  

Ale mnie przestało już interesować pływanie z rurką i zamiast z resztą ekipy stać i przysłuchiwać się instrukcjom przed nurkowaniem, postanowiłam spędzić trochę czasu z osobą, która mnie fascynowała. 

Nie pamiętam dokładnego przebiegu naszej rozmowy, ale czułam, że babcia haenyeo o imieniu Yeong Ja powoli otwiera przede mną serce. 

  • Ciężko Pani, czyż nie? – zagaiłam rozmowę. 
  • Ciężko, ciężko, już nie mam siły, dlatego wolę sobie popracować tutaj – odpowiedziała. 
  • Nie dziwię się, przecież wstrzymują panie oddech ponad granicę ludzkiej wytrzymałości. Są panie jak syreny – powiedziałam, dotykając jej ramienia w geście pokrzepienia. 

Uśmiechnęła się lekko.  

  • A po wynurzeniu się wydają panie piękne delfinie dźwięki – dodałam. 
  • Sumbisori. Ahoj-ahoj. Tak robimy po wypłynięciu, jak wydychamy długo powietrze z płuc – zademonstrowała haenyeo. 
  • No właśnie. To niesamowite! – powiedziałam. – A na jak długo potrafi Pani wstrzymać oddech? 
  • Jak byłam w formie to nawet do trzech minut – odparła. 
  • Ale jak to w ogóle możliwe? – Było to pytanie, które mnie najbardziej ciekawiło. 
  • Oj tam, człowiek nie może nie oddychać przez tyle czasu. Trzeba oddech połykać i przedłużać. 

 Pokazałam mi jak to robi. 

  • Naprawdę? Nie miałam pojęcia, że istnieje taki sposób! – odpowiedziałam zachwycona [czyżby to oznaczało, że ja też mogę wstrzymać oddech na dłużej niż 20sekund!?] 
  • To taki sekret – uśmiechnęła się. 
  • To z pewnością widziała też Pani delfiny!  
  • Często pływamy między delfinami. One lubią ludzi. Jak się do mnie zbliżają, to podkulają płetwy, tak żeby mnie nie skrzywdzić. I patrzą tymi swoimi wielkimi oczami – powiedziała wprawiona już w lepszy humor. 
  • Łał, to musi być dopiero przeżycie! – Nagle zachciałam być haenyeo. – Czy teraz nie ma sezonu ochrony słuchotek? – zadałam kolejne pytanie z mojej listy faktów do sprawdzenia. 
  • Teraz jest sezon ochrony ślimaków morskich, od czerwca do sierpnia. Słuchotki są chronione od października do grudnia – odpowiedziała. – W tym roku był taki urodzaj ślimaków morskich w sezonie, że łowiłam nawet po sto kilogramów dziennie – dodała dumnie. 
  • Łał, aż sto kilogramów? To niebywałe! 
  • Ale ślimak morski już coraz tańszy…tym bardziej, że granice handlowe z Japonią są teraz zamknięte. Więc nie ma lekko – powiedziała zmartwiona. 
  • Rozumiem…I sprzedają to panie od razu? 
  • Przechowujemy do dwóch dni w morskich spiżarniach i potem sprzedajemy – powiedziała. – A ostatnio widziałam nawet młode rekina młota. Pracuję już w zawodzie pięćdziesiąt lat, ale to był mój pierwszy raz. I tylko pomyśleć, że gdzieś tam musi być jego mama – dodała z trwogą, ale i z ekscytacją w głosie.  
  • Ojej. Słyszałam, że przez globalne ocieplenie pojawia się tu wiele egzotycznych gatunków, ale że rekiny już się pojawiły! Nie bała się, Pani? 
  • Bałam się. W głębinach morza jest wiele takich momentów. To ciężka praca, dlatego jest już nas coraz mniej. Ale kiedyś to jeszcze pracowało się na polu, potem sprzedawało na targu owoce morza, wychowywało dzieci…  
  • Ach… Słyszałam, że kiedyś, to było nawet ciężej. Potrzeba więcej młodych haenyeo. A ile haenyeo jest w Pani oddziale?  
  • Było nas dziewięćdziesiąt. Teraz zostało tylko trzydzieści. I tam jesteśmy też podzielone na drużyny. 
  • To jak często Pani pracuje? Z tego co wiem to haenyeo pracują przeciętniej około 10 dni w miesiącu. Zgadza się? 
  • U nas tylko około 5-6, bo drużyny wypływają w morze na zmianę. Dlatego pracuję też tutaj dorywczo. 
  • Ponoć morze latem potrafi być zimniejsze niż to zimą. To prawda? 
  • Temperatura morza spóźnia się o jedną porę roku. Teraz jest jeszcze zimne, dlatego zawsze mamy kombinezony. Na lato 2mm, zimą 5mm, a na resztę roku 3mm. 
  • Duszno w tych kombinezonach jak w saunie? 
  • Tak, haha.  
  • Dostają panie na te stroje dofinansowanie? 
  • Jest tutaj takie dofinansowanie rządowe, ale wyrządza więcej szkody niż dobra. Jeżeli ma się ponad 70 lat i jest się czynną zawodowo, dostajemy 100,000 won (około 300zł), jeżeli ma się ponad 80 lat to dwa razy tyle. I przez to wiele babć naraża swoje życie. 
  • Ach… nie powinno tak być. Są panie wpisane na listę UNESCO, a cały czas nie zapewniają paniom żadnych emerytur? Powinni raczej dawać wsparcie tym już nieczynnym zawodowo, a nie zachęcać do pracy w tak zaawansowanym wieku. 
  • No właśnie. A babcie chcąc dostać dodatkowy grosz potem tracą życie. Ostatnio znowu doszły nas słuchy o tym, że jedna z nas utonęła. – Westchnęła ciężko. 

Przytuliłam ją.  

  • Jest Pani dzielną kobietą. Jestem godna podziwu. Sama bym chciała spróbować swoich sił jako haenyeo, ale nie mam odwagi. 
  • Jak masz jakieś pytania, to dam ci mój numer, pytaj. Byłam kiedyś w telewizji w programie “Ciężki zawód” i jeszcze jakimś innym. Wtedy byłam jeszcze najwyższa rangą, przewodziłam haenyo w naszej drużynie. Poza tym inne babcie mówią dialektem i potem nikt ich nie rozumie. Ale ja już nie chcę żadnych wywiadów. No chyba, że ciebie coś interesuje, to pytaj.  

Powiedziała, a ja się wzruszyłam. Chwila cierpliwości i ciepła sprawiła, że znalazłam swoją haenyeo mentorkę. 

  • Ma Pani taką ładną skórę i nie jest Pani opalona. Jak to możliwe? 
  • Smaruje się Isa Knox. Wypróbowałam już chyba wszystkie kremy z filtrem, ale ten jest najlepszy. 
  • To musi Pani koniecznie wystąpić jako modelka w ich reklamie. To by dopiero było wiarygodne. 
  • Chciałabym! – Śmiała się. 

Po chwili snorklingu wyszłam na brzeg, ale przy ściąganiu gogli słona woda napłynęła mi do oczu. Babcia Yeong Ja wytarła mi oczy ręcznikiem zawieszonym przez jej ramię.  

Całe doświadczenie zakończyło się wspólnym prysznicem w szatni haenyeo, przypominającej koreańskie tradycyjne sauny – wykafelkowana balia z wodą pośrodku, nisko osadzone prysznice dookoła. 

Może na pierwszą polską haenyeo nie koniecznie się nadam, ale ten krótki czas utwierdził mnie w moich celach i zbudował pomiędzy mną a starszą haenyeo małą więź, którą mam zamiar pielęgnować 💙

Strój haenyeo


Z TOPLESS SYRENY W „PRO-NURKA” 

Kobiety morza – haenyeo nawet w dwudziestym pierwszym wieku wydają się być nieco do tyłu z czasem. Może i w strojach do nurkowania, za to w mogących się wydawać mało profesjonalnymi goglach, bez butli tlenowych – wiele im tak naprawdę brakuję do dobrze zaopatrzonych nurków. Jednak dawne kobiety morza miały dużo bardziej ekstremalne ubiory. Dzisiaj napiszę, jak na przestrzeni wieków ewoluował strój haenyeo . 

Niczym mityczne syreny – czasy „wolnych piersi” 

Jak wspominałam w pierwszym artykule o haenyeo (MÓW MI HAENYEO), pisano o nich już w 삼국사기 (Kronice trzech królestw) – najstarszym z zachowanych zabytków koreańskiego piśmiennictwa historiograficznego. W innych tekstach z okresu dynastii 조선 Joseon (czyt. dzioson), która trwała od 1392 do 1898 roku, można też odnaleźć sporo wzmianek o kobietach morza, a szczególnie o ich frywolnym ubiorze, a może raczej jego braku – erze wolnej piersi – haenyeo w wersji topless. Można wyczytać m.in.: „z jednej strony w błocie pięć kobiet nurków odrywa od skałek suchotki, a wszystkie one mają na sobie stroje do nurkowania zasłaniające ciało tylko do połowy” (z ilustrowanej dokumentacji wyprawy na Jeju – 탐라순력도 耽羅 巡歷圖, rok 1702). Tym strojem jaki zakładały, żeby osłonić dolną część ciała miała być zwykła bielizna. Korea jest krajem mocno konserwatywnym pod względem ubioru (zmieniło się wiele, ale nadal) i już sam mocno wycięty dekolt może budzić kontrowersje, ale jak widać wieki temu było inaczej. A może wyspa Jeju i jej mieszkańcy rządzili się innymi prawami, jak tubylcy z dżungli lasów Amazonii? Tego już nie wiadomo… Wiadomo jednak, że podobna – „przewiewna kultura” – towarzyszyła też haenyeo zza wschodniej granicy, z Japonii. Dokumentacji, nawet tych fotograficznych, o japońskich topless haenyeo można znaleźć już całkiem sporo. W każdym razie z nieokreślonych bliżej powodów (w dawnych tekstach są wzmianki o zakazie łowienia topless), kobiety morza musiały się w końcu zacząć zakrywać i tu pojawił się strój haenyeo. 

zdjęcie z roku 1913, http://www.hani.co.kr

Strój do pływania 물소중이 mulsojungi 

Od około 1930 roku haenyeo zaczęły nosić specjalny strój, przystosowany do połowów – 물소중이 mulsojungi (o tym, co było pomiędzy toplessem a mulsojungi nie wiadomo). Główną częścią stroju były krótkie spodnie z wysokim stanem, unoszące się ponad piersi i zapinane przez ramię na jedną szelkę. Wiązało się je wzdłuż jednego z boków na całej długości. Dodatkowo jako górną część zakładały koszulę z bufiastymi rękawami, przypominającą kształtem 저고리 jeogori (czyt. dziogori) od 한복 hanboku (tradycyjnego stroju koreańskiego). A na głowę wkładały 물수건 mulsugeon (dosłownie wodny ręcznik), który pełnił funkcję czepka. Zestaw ten był wykonany z tego, co się miało pod ręką – mogło to być prześcieradło, worek… Niby trochę lepiej, ale cały czas sporo nagości, nie mówiąc już o zerowych funkcjach ochronnych – czy to przed zimnem, czy przed poobijaniem się o skałki. Nie mniej jednak mulsojungi był uroczy i na stałe wpasował się w kulturę haenyeo, które do dzisiaj zakładają go do tradycyjnych tańców i innych występów. Sama miałam okazję przymierzyć tradycyjny strój haenyeo, a nawet mieć w nim sesję fotograficzną, z której jedno ze zdjęć umieszczam poniżej.  

zdjęcie i strój zrobione przez Little haenyeo

Boja haenyeo – 테왁 tewak (czyt. tełak) , do której przymocowane są sieci też z czasem ewoluowała z wydrążonej tykwy, w wypełnioną styropianem, najczęściej jaskrawo-pomarańczowej boję.  

Haenyeo jako nurek 

Około roku 1970 z Japonii na Jeju zaczęły napływać pianki do nurkowania. Rodziny haenyeo mieszkające za morzem, korzystając z dobrobytu, żyjącego wtedy na dużo wyższym poziomie, sąsiedniego państwa, przywiozły na Jeju coś, co miało być rewolucyjne. Wbrew pozorom nie wszystkie jednak haenyeo zareagowały pozytywnie na taką przemianę. Zżyte z naturą haenyeo od razu stwierdziły, że poprawienie ich warunków pracy może wywołać nadmierną eksploatację „matki morza” i nawet wzniosły protest. W końcu jednak poddały się trendom czasu i przyjęły skafander do nurkowania jako swój oficjalny uniform, w zamian wyznaczając ścisłe reguły dotyczące ich pracy – m.in. miesiące wolne od połowów określonych owoców morza. W ten sposób czas przebywania w morzu wydłużył się z około godziny do nawet siedmiu godzin. Wydawać by się mogło, że same plusy: ochrona przed wyziębnięciem organizmu, przed zadrapaniem, możliwość wyżycia z samego połownictwa (wcześniej kobiety musiały pracować dodatkowo na polu), ale taka wygoda przyniosła ze sobą listę dodatkowych chorób. Zapominając o wycieńczeniu organizmu i głodzie, haenyeo są narażone nie tylko na chorobę dekompresyjną powodowaną przez niskie ciśnienie, ale również na różne choroby układu pokarmowego i tym podobne.

Pianki haenyeo szyte są na miarę, uwzględniając ponoć nawet charakter właścicielki – dopasowane lub luźniejsze. Te co bardziej aktywne zawodowo haenyeo potrafią je wymieniać nawet dwa razy do roku. Poniżej znajdziecie zdjęcie współczesnej haenyeo i jedno ze zdjęć zrobionych przeze mnie przed szatnią haenyeo 😊 

Czy zaciekwiałyście/liście się już tematem kobiet morza? Może macie jakieś pytania? 😊 

„HAENYEO” SUKYEONG CHO

Szukając materiałów na nowe artykuły na YT, natrafiłam na poniższą piosenkę, skomponowaną i zaśpiewaną przez pewną młodą artystkę z samej wyspy Jeju.

Moją interpretację tekstu piosenki (troszeczkę ubarwiłam, żeby ładniej zabrzmiało po polsku) znajdziecie poniżej.

„해녀” „Haenyeo”


 
검고 푸른 이 새벽에 그대 어디로 떠나나  

Dokąd się Ona udaje tym ciemnym niebieskawym świtem 

 
눈을 비비며 뱉은 그 한숨이  

Jej westchnienie zza przecieranych oczu 

 
내가 잠든 이 곳까지 들리네  

Słychać aż tutaj, na mym nocnym posłaniu 

 
비바람에 내 몸이 부서져도  

Nawet jeżeli moje ciało poobija się o deszczowy wiatr 

 
난 또 다시 일어설 수 밖에 없네  

Nie mam innego wyjścia jak podnieść się i iść dalej 

 
누굴 위한 마음일까  

Dla kogo bije moje serce? 

 
그건 어떤 다짐일까  

Skąd to postanowienie? 

 
누굴 위한 마음일까  

Dla kogo bije moje serce? 

 
그건 아름다움일까  

Czy można to nazwać pięknem? 


 
비바람이 오늘도 날 붙잡아도  

Nawet jeżeli deszczowy wiatr mnie dzisiaj złapie w swe sidła 

 
난 또 다시 걸어갈 수 밖에 없네  

Nie mam innego wyjścia jak po prostu iść przed siebie 

 
누굴 위한 마음일까  

Dla kogo bije moje serce? 


그건 어떤 다짐일까  

Skąd to postanowienie? 


누굴 위한 마음일까  

Dla kogo bije moje serce? 


그건 아름다움일까  

Czy można to nazwać pięknem? 

PIERWSZE KOREAŃSKIE EKO-FEMINISTKI — HAENYEO


CZYLI HISTORIA “KOBIET MORZA”, CZĘŚĆ DRUGA

W dzisiejszym bazgroleniu kontynuuję o koreańskich dwunożnych syrenach – haenyeo. Tym razem spróbuję Wam przybliżyć pojęcie eko-feminizmu, o którym wspomniałam w pierwszym artykule o haenyeo. Od razu mówię, że jest to trudne i złożone zagadnienie i tutaj skupię się na odniesieniu go wyłącznie do kobiet morza. 

Moje streszczenie pojęcia “eko-feminizmu” 

Eko-feminizm odnosi się do przyrody jako poszerzonej strefy kobiecości. Gdzie pokrzywdzona, eksploatowana i niedoceniona przyroda jest uważana za będącą w dużej mierze pod kontrolą mężczyzn – tak jak same kobiety w patriarchalnym społeczeństwie. Eko-feminizm doszukuje się wspólnych cech natury i kobiet podkreślając, że kobiety powinny być szanowane i wyzwolone spod wszelkiej opresji. Ruch ten skupia się jednak nie tylko na dyskryminacji kobiet, ale również na innych dyskryminacjach społecznych – takich jak rasizm, podział na klasy czy grupy wiekowe i wszelkie inne formy ucisku, w dążeniu do powszechnej równości.  

Pokazuje to, że eko-feminizm to coś odrębnego od feminizmu czy samej ekologii. Jego ideologia ma na celu zrzeszenie ludzi, dążenie do wzajemnego zrozumienia i zrozumienia otaczającej nas natury. Niektórzy eko-feminiści uważają nawet, że najwłaściwszym modelem społecznego życia byłoby życie w niewielkich wspólnotach – czymś w rodzaju eko-wiosek.  

I tutaj przenosimy się do wiosek haenyeo.  

Haenyeo jako eko-feministki 

Haenyeo od zarania dziejów po dzień dzisiejszy tworzyły niewielkie zgrupowania, w których nie tylko wypływały na wspólne połowy, ale także prowadziły aktywne życie społeczne. Największym na to dowodem są tak zwane 불턱 bulteok (gdzie 불 bul oznacza ogień, a 턱 teok podwyższenie), czyli zagrody z kamienia powulkanicznego wybudowane przy morzu, które były formą schronienia przed zimnem dla haenyeo. W takich zagrodach rozpalało się ognisko nie tylko, żeby się ogrzać i wysuszyć po połowach, było to też miejsce wymiany wiedzy na temat morza i jego ochrony, miejsce pogłębiania relacji, miejsce na plotki i dyskusje o sposobach na polepszenie życia w wiejskiej społeczności.

na zdjęciu po lewej: 불턱 bulteok

Haenyeowa społeczność różniła się od mocno zhierarchizowanego wiekowo koreańskiego społeczeństwa – tutaj każdy miał prawo głosu i pomimo że najwyższe rangą haenyeo były najbardziej poważane (rangi haenyeo przydzielane są według umiejętności, nie wieku), każda z kobiet mogła się poczuć potrzebną i szanowaną.

*w wersji PC kontynuuj czytanie od góry

“Łatwiej być krową niż kobietą.” 

Ponadto haenyo to przodowniczki koreańskiego matriarchalizmu. Jako kobiety, które wzięły odpowiedzialność za rodziny na swoje barki – w wielu wypadkach mężczyźni zajmowali się wychowaniem dzieci – obróciły dotychczasowy patriarchalny model Korei do góry nogami. Na wyspie Jeju zrodziło się nawet powiedzenie „łatwiej być krową niż kobietą”, które wskazuje na to, że wcale nie było im łatwo żyć, pełniąc funkcję tych – utrzymujących całe rodziny i wspierających wiejską społeczność. W cięższych czasach haenyeo po dniu pracy w morzu pracowały dodatkowo na roli. Mówi się, że nie zaprzestawały połowów nawet w zaawansowanych stadiach ciąży, a po samym porodzie nie zwlekały z powrotem do wody. Z czasem zawód stał się na tyle opłacalny, że poprzestały na samych połowach.

Praca jako haenyeo nie jest jednak zwykłą formą zarobku – tylko po to, żeby wyżywić własną rodzinę. W haenyeowym społeczeństwie „ta”, która złowiła więcej, dzieliła się z „tą”, która złowiła mniej, a szkody po tajfunach wyrządzone w wiosce są często pokrywane z haenyeowych funduszy.  

Haenyeo były też nieugiętymi powstańczyniami, narażającymi życie w walce o swoje prawa i wyzwolenie spod reżimu Japonii. To one jako jedne z pierwszych sprzeciwiły się okupantom Japońskim i ruszając ze swoimi bojami w dłoniach, protestowały m.in. przeciwko wykorzystywaniu ich jako siłę roboczą.  

Oprócz tego haenyeo brały czynny udział w życiu kulturalnym wyspy, uczestnicząc w różnego rodzaju występach podczas Festiwalu Kultury Halla (dawnego festiwalu kulturalnego na wyspie Jeju). Nawet do teraz tworzą one zgrupowania zapoznające ludzi z kulturą haenyeo – śpiewając wspólnie tradycyjne „połowicze pieśni” i tańcząc w dawnych tradycyjnych strojach do nurkowania. 

Zastanawiać by się tylko można, gdzie tu ta cała ekologia. W końcu haenyeo to poławiaczki – wydawało by się – intruzki w morskiej otchłani. Kobiety morza nauczyły się jednak współistnieć z naturą i zachować w niej równowagę, a nie ją eksploatować.  W swoim połowiczym systemie mają ściśle określone reguły. Haenyeo wyznaczyły miesiące, w których dają odpocząć poszczególnym zasobom morskim i „sieją je”, tak żeby morska flora i fauna odrodziła się na nowo. Nigdy też nie ogołacają swojego domu, jakim jest dla nich morze. Wiedzą, kiedy powiedzieć „dość!”. 

Haenyeo przyczyniają się też do oczyszczania mórz wyławianiem morskich śmieci, a będące ich znakiem rozpoznawczym – jaskrawo pomarańczowe boje zrobione są ze styropianu z odzysku. Nic dziwnego, że nawet delfiny uznają haenyeo za „swojaków” i potrafią nurkować z nimi ramię w ramię.  

Poniżej podrzucam krótki film dokumentarny o życiu młodej haenyeo (po angielsku). Pokazuje on wyspę Jeju sprzed 40 lat i ma ten urokliwy dawny i swojski klimacik. Uważam, że można też przez niego dobrze zaobserwować, jak ważną rolę sprawowały kobiety morza na wyspie. 

Jak Wam się podoba model życia haenyeo? Czy znacie jakieś inne przykłady, które można by było podpiąć pod termin eko-feminizmu? Mam nadzieję, że miło Wam się czytało 😊


Źródła: wikipedia, theme.archives.go.kr, Muzeum Haenyeo, http://www.jejuweekly.com

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ DRUGA)

PERŁA I WILKI


Minho leżał na łóżku na wpół nagi z rękami splecionymi pod głową, wpatrując się w sufit. Spojrzał na telefon, leżący na stoliku obok, aby upewnić się tylko, że znowu obudził się przed budzikiem. Zegarek wskazywał piątą rano. Westchnął głośno i ponownie skierował wzrok na sufit, myśląc o tym, co mu się przyśniło. Znowu ten sen. Zgraja wilków goniąca za nim przez las. W końcu wpada w wielką dziurę wydrążoną w ziemi, a wilki otaczają go, wyjąc i warcząc. Zawsze budzi się w momencie, kiedy jeden z wilków próbuje do niego skoczyć. Sen zaczął pojawiać się po tym, jak dostał pracę w jednej z większych korporacji – prestiżowe stanowisko, nie ukrywając, będące w dużej mierze zasługą znajomości jego ojca. Wyglądało to tak: codzienne nadgodziny, praca w weekendy, częste kolacje firmowe i picie do białego rana, po czym szybki prysznic na rozbudzenie i znowu praca. Jednym słowem kołowrotek i brak czasu na to, żeby nawet wydać zarobione pieniądze. To właśnie, już od pięciu lat, była codzienność Minho.
Dorastał w bogatej rodzinie. Jego ojciec był szefem dużego przedsiębiorstwa, więc mógł zapewnić mu wszystko: najlepszą edukację, dodatkowe lekcje u drogich korepetytorów, studia na prestiżowej uczelni za granicą. Na szczęście Minho od dzieciństwa sam z siebie był żądny wiedzy, chętnie czytał, a nauka nie sprawiła mu większego kłopotu. Zawsze był wdzięczny rodzicom za wysiłek włożony w jego wychowanie, dlatego był bezproblemowym synem, zgadzającym się, w większości spraw, z ich decyzjami. Po bankructwie firmy ojca, chłopak stał się w pewnym stopniu odpowiedzialny za utrzymanie poziomu ich życia. Chciał im zapewnić byt w podobnym standardzie jak dawniej i był gotów podjąć się wielu wyrzeczeń. Miał plan, by szybko wspiąć się po szczeblach kariery i dzięki doświadczeniu, które zdobędzie, otworzyć w końcu, własną firmę. Przynajmniej tak mu się wydawało na samym początku. Minho był trochę idealistą i miał skłonność do przeceniania swoich możliwości. Cóż, do tej pory jego życie było usłane różami. Nie miał większych powodów do zmartwień i narzekania. Myślał, że samo bycie niezależnym finansowo mogłoby go w pełni usatysfakcjonować i że spełnianie oczekiwań rodziców to jego pierwszorzędny obowiązek. W końcu był jedynakiem z dużym poczuciem odpowiedzialności za rodzinę. Nie wiedząc jednak czemu, stracił zapał szybciej, niż myślał. Życie w hierarchii koreańskiej korporacji dało mu się we znaki i po pięciu latach za biurkiem czuł, że wypalił się do ostatniej iskierki. Musiał przystopować.
Cały czas wpatrując się w sufit, sięgnął znowu po telefon i włączył swoje ulubione hawajskie melodie, które potrafiły go chociaż trochę zrelaksować, przypominając mu czasy studiów i wypady na surfing, na Hawaje. Wracał myślami do wiatru we włosach i chwil beztroski, kiedy nie musiał się martwić o to, co będzie dalej. Obracając się na bok, poczuł nagle zapach jaśminu unoszący się z poszewki – zapach szamponu Riny, który został po nocach spędzonych razem. „No tak, znowu zapomniałem, żeby ją wyprać”, pomyślał.
Rozstał się z Riną już prawie dwa tygodnie temu, ku wielkiemu sprzeciwowi rodziców, a w szczególności mamy, która niemal wybrała mu partnerkę, swatając go z córką dobrze ustawionych znajomych. Oczywiście nie zdecydowałby się na związek z nią, gdyby nie była w jego typie. Była bardzo ładna, choć nie naturalnie piękna, a raczej wyrzeźbiona zgrabną ręką i skalpelem chirurga: gęste błyszczące włosy, biała cera, wysoki nos, duże usta, duże oczy. Figurę miała niczym dziewczyna z Maxima: duże piersi, podniesione pośladki, klepsydrowa talia – jednym słowem ideał koreańskiego standardu urody. Czy mogło mu to przeszkadzać? Nie, oczywiście na początku był nią oczarowany. Rina nie tylko była idealna. Wydawało się też, że mają dużo wspólnego. Lubili te same filmy, muzykę, lubili chodzić na siłownię, wyrośli w podobnym elitarnym otoczeniu i obydwoje doświadczyli życia w USA. Nic więc dziwnego, że szybko pomiędzy nimi zaiskrzyło, a ich rozmowy skupiły się na planowaniu wspólnej przyszłości. Rina lubiła też mamę Minho i w bardzo umiejętny sposób potrafiła jej się przypodobać, najczęściej drogimi upominkami i zapraszaniem jej do najlepszych spa. Jej ojciec był milionerem, więc Rina spała na fortunie. Luksusowe marki, najdroższe samochody, penthouse w samym centrum Gangnamu10, prywatni trenerzy fitness i zabiegi kosmetyczne były dla niej codziennością. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze idealnego faceta. Minho spełniał jej wymagania: był wysoki i przystojny, miał pełne usta, nieco orli nos, lekko skośne, ciemnobrunatne oczy, z których jedno miało bardziej opadniętą powiekę niż drugie i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Jego wyjątkowo szerokie barki dodawały kształtu jego muskularnej sylwetce. Nie zaliczał się może do seulskiej elity, ale pracował w renomowanej firmie, był dobrze wychowany i inny niż reszta zadufanych w sobie chłopaków z jej otoczenia – był po prostu dobrym człowiekiem, o dobrych wartościach. Pieniądze nie były dla niego wszystkim. Rina miała dosyć na koncie, żeby nie martwił jej status finansowy partnera. Minho też nie przeszkadzało to, że Rina była znacznie bogatsza od niego, a widząc troskę dziewczyny o jego rodziców, był pewien, że dzięki niej w pewnym stopniu będzie mógł zre- kompensować rodzicom to, co zostało im odebrane po bankructwie firmy ojca.
Na początku ich związek sprawiał wrażenie idealnego. Byli jak typowa instagramowa para. Po pewnym czasie ten układ zaczął wykańczać go równie mocno, jak korporacyjny wyścig szczurów. Wiedział, że długo nie pociągnie w relacji, w której przestał się odnajdywać. Postanowił zadbać wreszcie o siebie i odciążyć głowę. Na pierwszy odstrzał poszła Rina. Nie była to dla niego łatwa decyzja, ale wiedział, że dla dobra wszystkich potrzebuje od niej odpocząć. On też już nie był taki słodki i uroczy jak trzy lata temu – na początku ich związku. Ciągle przemęczony nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom wobec randek i czasu spędzanego razem. Męczyło go jej ciągłe kry- tykowanie innych i narzekanie na wszystko, mimo że przecież miała więcej, niż ktokolwiek i kiedykolwiek mógłby sobie nawet zamarzyć. Coraz bardziej przeszkadzało mu to, że przechwa- lała się swoim statusem, swoim wykształceniem – również kupionym jej przez rodziców. Z czasem sama jej uroda przestała być wystarczająca, a wręcz zaczęła razić go swoją nienaturalnością: sztucznie wyrzeźbione ciało, twarz lalki, laminowany uśmiech na zawołanie, wymuszona grzeczność, pogardzanie innymi, brak tematów do rozmów – lista argumentów przeciw wspólnemu życiu z dnia na dzień robiła się coraz dłuższa.

Coraz dotkliwiej czuł, że jako wysoki przystojniak jest dla niej po prostu dodatkiem do drogich ubrań i dobrą bazą genów dla ich przyszłych dzieci. Przy rozstaniu były łzy, awantura i szantaż, ale Minho postawił w końcu na swoim. Czuł się z tym lepiej. Zyskał czas na czytanie książek. Stracił nagrzaną pościel i zapach jaśminu unoszący się w sypialni, gdy budził się nad ranem.
Minho sięgnął po telefon. Odruchowo sprawdził portal z wiadomościami ze świata, „kolejny powód do bólu głowy”. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech. „Może i zostało mi jeszcze kilka piekielnych dni podlizywania się przełożonym, ale już niebawem to wszystko się skończy”, pomyślał. Nowy rozdział w jego życiu wreszcie się zacznie, skończą się nocne pogonie wilków, a on nabierze sił na nowy start i odnajdzie swoje prawdziwe pragnienia, czyli to, co zawsze kryło się pod powłoką wymagań rodziców.


10. Gangnam  – jedna z  dwudziestu pięciu dzielnic Seulu, położona w  połu- dniowo-wschodniej części miasta, znana z wysokiego poziomu bogactwa i standardu życia.

MÓW MI HAENYEO


CZYLI HISTORIA “KOBIET MORZA”, CZĘŚĆ PIERWSZA

Można się nie domyślić, chociażby po samej głównej stronie bloga, że jestem zafascynowana kobietami morza – haenyeo (wstęp o haenyeo znajdziesz w poście „Wiatr, kamień, kobieta”). W dzisiejszym bazgroleniu opowiem Wam więcej o tych tajemniczych bohaterkach.  

http://blog.daum.net/hikyunga
http://blog.daum.net/hikyunga

W totalnym skrócie – haenyeo to kobiety nurkujące za owocami morza bez butli tlenowych i innego typowego nurkom osprzętowania. Jest to zawód, który ma korzenie w Korei Południowej (na wyspie Jeju), chociaż haenyeo zaczęły także migrować do Władywostoku, na wybrzeża Chin i Japonii. Niektóre z nich potrafią zanurkować na głębokość do dwudziestu metrów i wstrzymać oddech nawet do trzech minut. Czy nie czyni ich to prawdziwymi żyjącymi syrenami?  

Wspominki o haenyeo sięgają już 삼국사기 (Kronika trzech królestw) – najstarszego z zachowanych zabytków koreańskiego piśmiennictwa historiograficznego z 1145 roku. W tekstach z tego okresu możemy znaleźć między innymi „zakaz pływania haneyeo – topless”, co może świadczyć o tym, że Korea kilkaset lat temu była mniej konserwatywna, jeżeli chodzi o ubiór, niż współcześnie (o tym, jak strój haenyeo ewoluował na przestrzeni wieków, napiszę kiedy indziej).   

Haenyeo wyławiają głównie 전복 słuchotki,  소라 konchy (morskie ślimaki), 해삼 jeżowce, różne odmiany glonów, a także ośmiornice i czasami ryby. Pomagają im w tym różnego rodzaju haczykowate narzędzia i harpuny, a ich znakiem rozpoznawczym są jaskrawo-pomarańczowe boje na tafli morza, do których przymocowane są ich sieci. Są one wypełnione styropianem z odzysku, bo haenyeo to też przodowniczki koreańskiej ekologii, a posuwając się dalej, nawet koreańskiego eko-feminizmu (o, którym to zagadnieniu, też rozpiszę się innym razem). 

“Kiedy raz zostajesz haenyeo, już na zawsze pozostajesz haenyeo”

Haenyeo nie zostawało się, do końca z wyboru. Był to zawód dziedziczny – matka haenyeo – córka haenyeo, teściowa haenyeo – synowa haenyeo itd. Dziewczynki w wieku od około siedmiu lat uczono pływać i zanurzać się pod wodę. W wieku dwunastu lat zaczynały już głębsze nurkowanie z boją na powierzchni, a w wieku piętnastu lat, połowy jako haenyeo. Jednak, żeby móc być nazwaną haenyeo wyższej rangi, czyli tą mistrzowsko penetrującą dno i wyławiającą kilogramy muszli na jednym wdechu, trzeba było nabierać wprawy przez lata. Dopiero w wieku trzydziestu, a nawet czterdziestu lat haenyeo są w szczycie swoich możliwości.  

https://iphostory.tistory.com/

Najstarsze obecnie haenyeo są czynne w zawodzie do wieku nawet ponad dziewięćdziesięciu lat i łatwiej im się poruszać w wodzie niż na lądzie. Korea ma co prawda kiepski system emerytalny, jednak haenyeo to dość opłacalny zawód, więc zamartwianie się o kwestie materialne to nie główny powód, dla którego babcie haenyeo wracają do wody. Dla haenyeo morze jest nie tylko źródłem dochodów, ale jak twierdzą – to też ich matka i „coś”, z czym czują się jednością. Uważam zatem, że nie powinno się im szczędzić tytułu – jedynych na tym świecie „niemitycznych syren”! 

W 2016 roku haenyeo zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO, mimo to ich liczba z roku na rok maleje. W latach 70-tych było aż 14 tysięcy czynnych zawodowo kobiet morza, podczas gdy obecnie liczbę tą szacuję się na niecałe 4 tysiące. Średni wiek też dramatycznie się podniósł – z 55% haenyo, będących w przedziale wiekowym 30~49 lat, do 59%, będących w wieku ponad 70 lat.  

Zawód może wydawać się ciężki, ale który nie jest? Za to, ile w nim magii! Bycie haenyeo oznacza życie w zgodzie z naturą i bycie częścią jedynego w swoim rodzaju ekosystemu. To wyraz miłości do morza, do rodziny, a także do wiejskiego społeczeństwa, którego są częścią i podporą.

Może któraś z Was jest chętna na zostanie pierwszą polską syrenką?  😉


Źródła: wikipedia, theme.archives.go.kr, Muzeum Haenyeo – https://www.jeju.go.kr/haenyeo/index.htm

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ PIERWSZA)

PERŁA I WILKI


Promienie słoneczne wdarły się poprzez cienkie poliestrowe zasłony, rozjaśniając wnętrze małego skromnego pokoju, w którym na wpół rozbudzona Hemi1 leżała na cienkim materacu na podłodze. To nie słońce ją zbudziło, a wiatr gwałtownie obijający się o szyby. Mimo że mieszkała tu od kiedy sięga pamięcią, zawsze odnosiła wrażenie, że pewnego dnia cienkie szkło przegra z siłą nadmorskiego wiatru.
Budzik wskazywał dopiero szóstą nad ranem i jej ciało wciąż tkwiło w pozycji na wznak. Jednak jej myśli były już daleko poza zasięgiem ludzkiego oka – w otchłaniach morza.
Nurkując coraz niżej ku dnie oceanu, zobaczyła nagle bijącą skądś światłość. W bardziej pogodne dni zdarzało się, że promienie słońca, przebijając głębiny morskie niczym ostrze sztyletu, odbijały się gdzieś od odpadków spoczywających na dnie i migotały blaskiem. Hemi miała nawet w zwyczaju wyławiać takie odpadki, przez co dorobiła się ksywki „podwodnej sprzątaczki”. Tym razem jednak oślepiająca ją jasność była jakaś inna. Z narastaniem światła usłyszała dobiegające z głębi szepty. Głosy zdawały się mówić:
– Ależ to piękne! To prawdziwy skarb! Ten, który to wyłowi, stanie się bogaczem.
Kierując się w stronę odgłosów i podążając śladem promieni, dostrzegła w końcu zarys wyszeptanego z otchłani skarbu – lśniącej masą perłową ogromnej małży, otwartej na tyle, że można było ujrzeć skrywającą się w niej, nadzwyczajnych rozmiarów, perłę. Mogła być ona nawet wielkości jej dłoni. „O tak! W końcu lata spędzone na penetrowaniu morza na coś się przydały!”, pomyślała Hemi i popłynęła trochę szybciej w stronę dna, skąd wzywał ją skarb morza. Im bardziej zbliżała się do muszli, tym wyraźniej widziała, jak drogocenna i piękna ona jest. Wystarczyłaby na utrzymanie jej mamy i babci oraz na spełnienie swoich „zacnych planów”.
Płynęła powoli i rytmicznie, żeby nie forsować ciała, ale już czuła kłucie w piersiach i narastający ból głowy. Postanowiła jednak wytrzymać jeszcze kilka sekund i spróbować podpłynąć bliżej. Niestety ból stał się na tyle nie do zniesienia, że musiała wynurzyć się, by zaczerpnąć na nowo powietrza. Wzięła głęboki wdech i zanurkowała ponownie. Tym razem wiedziała, że wystarczy płynąć prosto w dół. Kierując się w głąb oceanu, zdała sobie sprawę, że bijący wcześniej z otchłani blask gdzieś zaniknął. Płynęła i płynęła, aż dotarła do dna, gdzie czekało na nią tylko kilka skałek porośniętych glonami. Była pewna, że wcześniej widziała pomiędzy nimi skarb morza. „Czyżby per- ła została porwana z prądem morskim?”. Na resztkach tlenu opłynęła całą okolicę, ale śladu perły nie odnalazła. Pod presją braku oddechu, który już silnie odbijał się na jej płucach, musiała zaniechać dalszych poszukiwań. W panice kierując się ku powierzchni wody, czuła coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej. Była już tuż, tuż – niemal pod samą taflą –, gdy nagle otworzyła oczy wyrwana z wycieńczającego ją snu.
Ciepłe promienie słoneczne wkradały się do pokoju, a wiatr wciąż obijał się o szyby. Hemi znowu dała się porwać zmęczeniu i na chwilę zapadła w sen.
Nie był to pierwszy raz, kiedy jej się ten sen przyśnił. Pojawiał się, od kiedy skończyła dwadzieścia lat, a ostatnio śnił jej się z coraz większą częstotliwością i wydawał się coraz bardziej realny. Za każdym razem po przebudzeniu przepełniało ją dziwne, słodko-gorzkie uczucie. Tak, jakby coś, o czym zawsze skrycie marzyła, zostało jej dane i odebrane w jednej chwili. Nie było to coś, bez czego nie potrafiłaby żyć, ale gdy wreszcie miała to w zasięgu swych rąk, ciężko było jej to wypuścić. Oczami wyobraźni skarb był już jej własnością, a nagle znikał zupełnie z jej pola widzenia.
Najdziwniejsze jest to, że Hemi wcale nie była przywiązana do rzeczy materialnych. Cieszyło ją spokojne, nadmorsko-wiejskie życie z dala od zgiełku. Nie zależało jej na modnych ubraniach, drogich kosmetykach czy najnowszym telefonie. Gdyby jednak tylko miała szansę sprezentować rodzinie większy dom, by odciążyć babcię i matkę na stare lata, to nie wahałaby się podjąć wyzwania i wstrzymać oddech na trochę dłużej, niż miała to w zwyczaju robić.

Babcia zawsze powtarzała, żeby nie tracić niepotrzebnie zdrowia dla błahych ambicji.
– Kilka groszy więcej nie uratuje świata, a tylko ci się cycki skurczą pod wpływem ciśnienia – mawiała żartobliwie.
I choć Hemi, mimo swojego młodego wieku, ale dzięki wielkiej pasji do morza i umiejętnościom, mogła dostać już tytuł haenyeo2 wyższej rangi, wciąż kwalifikowała się do średniej klasy.
Już wybór jej zawodu mówił sam za siebie – brak większych ambicji i brak pożądania dóbr materialnych. Nie oznacza to bynajmniej, że haenyeo jest zawodem o niskich zarobkach. W dużej mierze zależą one od własnego wysiłku i odrobiny szczęścia albo, jak wierzyła większość haenyeo, od relacji z „boginią morza”. Ale czy ktoś kiedykolwiek widział haenyeo w futrze z norek i z to- rebką od Gucciego paradującą po powulkanicznym wybrzeżu?
Hemi uwielbiała spędzać czas z rodziną, kochała wyspę Jeju, kochała morze i nie pociągało jej wielkomiejskie życie. W przeciwieństwie do większości koleżanek ze szkolnych czasów, które zarywały noce, by dostać się na lepsze uniwersytety w Seulu lub wydostać się gdziekolwiek „na ląd”, Hemi od samego początku wiedziała, że pójdzie tą samą wąską drogą co matka i babcia i zostanie „kobietą morza”. Nawet jej imię oznaczało „piękno morza”. Właśnie w takim pięknym według niej oceanie była zakochana od dzieciństwa.
Mogłoby się zdawać, że jako osoba pracująca fizycznie, była niedouczona. Dziewczyna poszła jednak do liceum i miała całkiem niezłe wyniki w nauce. Starała się po prostu skupiać na tym, co ją interesowało i co mogło przydać jej się kiedyś w zawodzie haenyeo. Matka nie zmuszała jej do nauki, jak to zwykła czynić większość koreańskich matek. Ufała jej wyborom.
Po ciężkim dniu połowów Hemi lubiła zasiąść nad dobrą książką na ławce przed domem, wsłuchując się w kojący dźwięk morskich fal i popijając ciepłą herbatę z kwiatów chryzantemy. Nie interesowały jej portale społecznościowe, kariera, imprezy, czyli wszystko to, co tak bardzo liczyło się dla jej rówieśników. Wpatrywanie się w bezkres oceanu, blask księżyca odbijający się na tafli, ośmiornice oplatające jej dłonie w czasie połowów, wiatr przedzierający się przez jej gęste rzęsy, wspinanie się na pagórki, by podziwiać nadmorskie panoramy, pogawędki ze starszymi haenyeo, bieganie z psem i za psem po łąkach – tego za nic na świecie nie mogłaby zostawić i zamienić na miejskie życie.
Dzień pracy jako haenyeo i związana z tym rutyna wcale nie były łatwiejsze od innych prac fizycznych, ale Hemi dawały dużo satysfakcji. Tego dnia wstała o świcie, o szóstej trzydzieści. Przemyła twarz lodowatą wodą, po czym zasiadła do śniadania ugotowanego przez mamę. Jadła przy małym, inkrustowanym masą perłową stoliku, siedząc na podłodze wraz z mamą i babcią. Zdarzało się, że to Hemi przygotowywała śniadanie, wtedy wstawała o szóstej. Na stole gościły zawsze ryż, kimchi3, glony z olejem sezamowym i suszone ośmiornice. Pozostałe przystawki banchan4 i rodzaj zupy serwowanej do ryżu zmieniały się najczęściej w zależności od tego, co udało się wyłowić. Dziś mama przygotowała zupę z pasty sojowej z małżami, tofu i cukinią. Zapach zupy roznosił się po całej chałupce. „Dzień zaczęty zupą sojową nie może być złym dniem”, pomyślała sobie Hemi, nastawiając się pozytywnie od rana.
Po krótkim śniadaniu umyła naczynia i przed wyjściem z domu w pośpiechu wyszczotkowała zęby. Na koniec posmarowała twarz kremem przeciwsłonecznym. Jeansy i podkoszulek włożyła, będąc już jedną nogą na przedsionku chaty. Była trochę roztrzepana i często zdarzało jej się założyć T-shirt tył na przód, nie dopiąć rozporka albo nie domyć pasty do zębów z twarzy.
Zabrała sieci, swoje i babci, z przymocowaną do nich olbrzymią jaskrawopomarańczową boją, i pierwsza poszła do przebieralni haenyeo nad morzem, która znajdowała się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu. Jej pies – Pado5 – jak zawsze obszczekiwał ją na pożegnanie.
– Do zobaczenia za kilka godzin, futrzaku – powiedziała, głaszcząc jego białą czuprynę.
Jako najmłodsza z grupy zawsze musiała być pierwsza w przebieralni. Jej rola sprowadzała się do nacierania gogli do nurkowania bylicą6 i pastą do zębów, co miało zapobiegać zaparowywaniu szkiełek pod wodą. Przygotowywała także dla każdej z haenyeo porcję leków, które są niezbędne, by przetrwać dzień w głębinach morza.
Oddział haenyeo, do którego należała Hemi, liczył łącznie piętnaście kobiet. W najwyższej grupie wiekowej, w której była jej babcia, było sześć haenyeo, z których najstarsza miała osiemdziesiąt siedem lat. Babcia Hemi miała siedemdziesiąt sześć lat, więc jak większość haenyeo-seniorek nurkowała już na płytszych, przybrzeżnych wodach, zaliczając się tym samym do najniższej rangi. Im płytsze wody, na których się nurkowało, czyli im mniejsza pojemność wdechu i gorsze połowy, tym niższą miało się pozycję w hierarchii haenyeo. Również zarobki były uzależnione od rangi. Na głębszych wodach o wiele łatwiej można było wyłowić dobrze opłacalne owoce morza: słuchotki, ślimaki morskie czy jeżowce, strzykwy oraz tak zwane morskie ananasy7. Zaprawione w łowach haenyeo potrafią wstrzymać oddech na ponad dwie minuty i wyłowić do kilku kilogramów na jednym wdechu. Hemi zaliczała się do grupy średniej i nurkowała na głębszych wodach, ale nie musiała być transportowana przez statek na pełne morze jak haenyeo z najwyższej grupy. Tylko raz czy dwa razy na miesiąc wyruszała kutrem ze wszystkimi haenyeo średniej i wyższej rangi na głębokowodne połowy. Zdarzało jej się też łowić z babcią przy brzegu, szczególnie w pochmurne i bardziej wietrzne dni, kiedy potrzebowała babcinej dobrej energii. Połowy zaczynały się pomiędzy siódmą trzydzieści a ósmą rano i trwały zazwyczaj od czterech dow łowach haenyeo potrafią wstrzymać sześciu godzin. Do czerwca trwał sezon na galaretówkę amansa8, która bogato pokrywała całe morskie dno. Była ona dobrym źródłem dochodów, więc wszystkie haenyeo były w pogotowiu i połowy wydłużały się do maksimum.
Po skończonej pracy i wyjściu na brzeg, Hemi pomagała każdej z cioć haenyeo zważyć wyłowione owoce morza i zajmowała się księgowością, notując każdego dnia w zeszycie, kto oraz ile kilogramów wyłowił. Zakończone połowy nie oznaczały jednak końca pracy. W domu czekało ją obrabianie wyłowionych przez nią owoców morza, suszenie glonów lub cerowanie dziurawych sieci. Kilka razy w tygodniu jechała też na targ, aby sprzedać połów lub zarobić dodatkowy grosz przy nadmorskiej knajpie polowej, przyrządzając i sprzedając turystom to, co wyłowiła.
Tego dnia była w wybornym humorze, wyruszyła więc z mamą na swoje wyznaczone terytorium z dala od brzegu. W przebieralni zaczęła się już robić wrzawa.
– Hemi, zjadłaś śniadanie?9 – zapytała jedna z babć haenyeo.
– Tak. Jestem zwarta i gotowa na dzisiejszą przygodę! – odpowiedziała Hemi, podając współtowarzyszce, przygotowane do nurkowania gogle i porcję leków.
Twarz Hemi rozpromieniła się w uśmiechu.


  1. Imiona bohaterów: 해미, Hemi (czyt. Hemi), 민호, Minho (czyt. Mino). W Korei nie ma określonej formy zapisu danego imienia w jego angielskim wydaniu. Imię o takim samym zapisie w koreańskim alfabecie, może mieć różne wersje zapisu w alfabecie angielskim, w zależności od preferencji posiadacza imienia.
  2. Haenyeo  – kor. 해녀, czyt. henjo, grupa kilku tysięcy kobiet zamieszkujących głównie południowokoreańską wyspę Jeju (czyt. dziedziu), zajmujących się połowem owoców morza bez wykorzystania butli z powietrzem.
  3. Kimchi – kor. 김치, czyt. kimczi, ostre (choć nie zawsze) kiszonki koreańskie, których najpopularniejszą formą jest kiszona na ostro kapusta pekińska.
  4. Banchan  – kor. 반찬, czyt. banczan, małe przystawki podawane do ryżu, m.in. kimchi.
  5. Pado – kor. 파도, fala.
  6. Bylica – rodzaj rośliny z tej samej rodziny co piołun. W Korei wykorzysty- wana też powszechnie w deserach.
  7. Nazwy owoców morza: słuchotka – kor. Jeonbok, 전복, czyt. dzionbok, ślimak morski – kor. sora, 소라, czyt. sora, strzykwa – inaczej ogórek morski, kor. haesam, 해삼, czyt. hesam, morski ananas – kor. meongge, 멍게, czyt. mongge.
  8. Galaretówka amansa – rodzaj glonu zawierający substancję żelującą, wykorzystywany m.in. w produkcji kosmetyków.
  9. Zapytanie o to, czy się coś zjadło, jest grzecznościowym pytaniem używanym w Korei w formie powitania.

KAMIEŃ, WIATR, KOBIETA


CZYLI WSTĘP DO WYSPY JEJU

Jeju-do 제주도 (wyspa Jeju) nazywana też Hawajami Korei Płd., a dla mnie będąca wyspą 1001 cudów i miejscem, do którego mogłabym wracać co każde wakacje, jest wyspą od dawien dawna znaną z trzech rzeczy — „kamienia, wiatru i kobiet”. Dlaczego? O tym pokrótce w dzisiejszym pierwszym bazgroleniu.

Zacznijmy od kamienia. Nawet kamień na Jeju nie jest zwyczajnym dobrze nam znanym kamolem, a wspólnym arcydziełem natury i człowieka. Wygasły już wulkan Halla (na ilustracji powyżej) położony w samym centrum wyspy zalał kiedyś to miejsce lawą, z której, już po jej zastygnięciu, dawni mieszkańcy odkuli wyspę, żeby przywrócić jej warunki rolnicze. Taki odłupany powulkaniczny kamień zaczęli wykorzystywać do budowy płotów i wszystkiego kamiennego co się mogło przydać, łącznie z kamiennymi hareubang 하르방 (czyt. harybang) – kamiennymi dziadami, które były przedmiotem pierwotnych kultów (ilustarcja poniżej). Już brzmi magicznie, czyż nie? Mniej magicznie, ale całkiem praktycznie – kamień ten z różnej wielkości dziurkami świetnie nadaje się na pumeks! Poza tym cała ta historia uczy, że jeżeli tylko człowiek dobrze współpracuję z naturą, to wszyscy mogą mieć z tego korzyść i uciechę — zieleń wyłoniła się na nowo spod piekielnego czarnego dywanu, a ludzie zyskali ziemię pod uprawę i stos kamoli, które wykorzystywane są do dnia dzisiejszego.

Wiatr – Jeju jest zawsze na pierwszym froncie, jeżeli chodzi o tajfuny. Nawiedzają ją bezlitośnie kilka razy w roku, mając właśnie tam największe natężenie w Korei. Wyspiarski wiatr zaś zwiewa czapki z głów na co dzień. Nic więc dziwnego, że oprócz nadmorskich alei, pola otoczone murkami z powyższych kamieni, które mają chronić uprawę przed rozwianiem, są typowym krajobrazem wyspy. Chyba jedynymi zadowolonymi z porywistego wiatru są surferzy. Namnożyło się ich w Korei, odkąd zapanowała powszechna moda na ten sport. To kolejna rzecz obok wulkanu, która przybliża Jeju do Hawaii – surf mode on”

W końcu najważniejsze – kobiety, bo to one są głównymi bohaterkami tej całej syreniej parady. Z powyższego można wywnioskować, że choć sama wyspa może być osnuta magiczną mgiełką, samo życie na niej wcale nie musiało być takie bajkowe. Choćbyś niewiadomo jak wysoki płotek sobie sklecił – przyjdzie wiatr, który wygra i z nim i rozwieje, co już zasadziłeś. Nie wspominając już o czterech porach roku, które też nie ułatwiały życia. W tych ciężkich do życia warunkach, właśnie kobiety wkroczyły do akcji, zakasując swoje rękawy i podejmując się wyzwania bycia syrenami i połowczyniami darów morza. Nazwano je bardzo dosłownie – haenyeo 해녀 (czyt. henjo), czyli „kobietami morza”. W czasach, kiedy nie było nawet mowy o butlach gazowych, nurkowały poddając próbie swoje płuca i ryzykując życie dla swoich rodzin i dobrobytu wiejskiego społeczeństwa. Nauczyły się nurkować bez żadnego osprzętowania na głębokość do dwudziestu metrów i wstrzymywać oddech na ponad dwie, a nawet do trzech minut! Już wiecie, dlaczego nazwałam je „koreańskimi syrenami”?

W 2016 roku, haenyeo, które łowią na Jeju, w ten sam tradycyjny sposób po dziś dzień, zostały wpisane na listę skarbów kultury Unesco. Uważam, że zasługują one na większą uwagę, ale o tym dlaczego tak jest opowiem w kolejnych bazgroleniach! Stay tuned! 🙂