Opowiadanie: Pomiędzy wierszami


Pomiędzy wierszami 


– Auć! – zajęczał z bólu. 

Uderzył młotkiem w gwoździa z tak dużą mocą, że kciuk go podtrzymujący został przygnieciony przez jego główkę, powodując pęknięcie skóry. Świeża krew spływała po opuszku palca niczym krople deszczu mknące teraz jedna za drugą po oknach jego kawiarenki. No tak, potrzebuję czegoś, co mnie postawi na nogi. Kto w taką pogodę zabiera się za robotę bez kubka kawy? Młody mężczyzna zwalał swoje potknięcie na warunki atmosferyczne.  

Wbijanie wszelkich kołków było dla niego przecież chlebem powszednim. Chlebem o zapachu drewnianych wiórów. Zapach ten unosił się także w tym małym pomieszczeniu – drzwi na zaplecze prowadziły do pracowni stolarskiej.  

– To może poczekać – powiedział do siebie, odkładając na bok przedmiot przypominający zaokrągloną deskę do krojenia. Na ciemnym tle drewna orzecha włoskiego barwna żywica rozlana była na kształt czegoś, co przywodziło na myśl lazurowe morze z kłębiącymi się białymi falami – dekoracja z raisin art1, o którą poprosił przyjaciółkę mającą warsztat na tej samej ulicy. Miało to dodać nieco nadmorskiego klimatu temu małemu wnętrzu. Ponieważ przecznicę dalej znajdowała się plaża Sokcho2, stwierdził, że połączenie jego kunsztu z fachem znajomej może przynieść im dodatkowy zarobek.  

Z szuflady kawiarnianej komody wyciągnął różowy plaster z postacią Apeach3 — coś, w co zwykła go zaopatrywać jego ex: słodkie opatrunki, różowe majtki i krzykliwe skarpetki. Teraz został po niej tylko ten mały lepki skrawek.  

Wyssał nadmiar krwi i zrobił sobie opatrunek, po czym uruchomił ekspres do kawy. Włączył też młynek, a zapach świeżo zmielonych ziaren zaczął natychmiast unosić się w powietrzu.  

Wtem usłyszał odgłos odsuwających się kawiarnianych drzwi. Nie był pewien, czy się nie przesłyszał, więc stał, nie odwracając się jeszcze przez pewną chwilę, aż stukot szyby w drewnianym obramowaniu się natężył i utwierdził go w przekonaniu, że nie śnił na jawie.  

– Kawiarnia jest jeszcze… – zaczął mówić, ale obracając głowę, zobaczył dziewczynę. Przekroczyła już próg, i ze sporych wielkości czarnym pakunkiem pod pachą, stała tak otrząsając się z deszczu. Położyła bagaż w kącie pod ścianą i oparła nad nim żółtą parasolkę.  

Czyżbym źle zawiesił znak? Pomyślał i zerknął na drewnianą tabliczkę wywieszoną na drzwiach. Jednak napis ‘otwarte’ skierowany był do środka, co wskazywałoby na to, że nie popełnił błędu.  

– Podwójne espresso – powiedziała, zanim jeszcze usiadła na jednym z dwóch taboretów przy ladzie. Były to jedyne miejsca siedzące.  

– W menu nie… 

– Ale ma pan ekspres do kawy, prawda? – rzuciła znaczące spojrzenie w kierunku maszyny. – Więc nie powinno być problemu ze zrobieniem espresso. 

Zrobił wielkie oczy. Nie dość, że była intruzem, to jeszcze zdawała się czuć tutaj jak u siebie. Jej uroda powstrzymywała go przed powiedzeniem czegoś dosadnego. Klient to przecież nasz pan. Tłumaczył sobie swoją łagodność w stosunku do niej w myślach.  

– Acha. No dobrze, ale nie mamy kubków do espresso. Podam pani w kubku do cappuccino – odpowiedział. 

Będąc tyłem do niej, nasypał zmieloną kawę do metalowego filtra, uderzając z hukiem o blat. Jak mógłbym wyprosić taką laskę? To by dopiero było nieludzkie. Jeszcze w taką ulewę. Nie zdążył się przyjrzeć jej twarzy, ale nad wyraz głęboki dekolt wołał do niego przekonującym: zostańmy tu na moment razem! 

W tle dało się słyszeć dźwięk kropli kapiących z parasolki na foliowe opakowanie, które okrywało zawartość czegoś, co przyniosła ze sobą.  

Zaleje mi całą drewnianą podłogę. A jeżeli nie jest ładna? Czy ta cała krzątanina ma w ogóle jakikolwiek sens? Pomyślał zupełnie jakby ta wizyta, miała się zakończyć śniadaniem podanym do łóżka, a nie miał w zwyczaju sypiania ze swoimi klientkami, mimo że jego lokal przyciągał wiele kobiet niekoniecznie z ‘kawowych powodów’. Niektóre zostawiały swoje numery telefonów, przypinając je do tablicy, na której można było przechowywać karty klienta z uzbieranymi pieczątkami.  

Może to przez ten poranny wypadek i plaster, który przypominał mu o byłym związku, który zakończył się przed dwoma laty. Może to zwykły samczy instynkt, a może ten, przesiąkający jego duszę nostalgią deszcz, ale nagle poczuł się samotny i jej towarzystwo nie drażniło go tak bardzo, jak powinno, biorąc szczególnie pod uwagę jej bezczelne zachowanie.  

Czarny napój ściekał prosto do białego kubka, a on tymczasem sięgnął po iPhona, postanawiając puścić muzykę. Jak otwarte to otwarte. Streaming ‘Rainy Jazz’ zaczął przygrywać w tle. 

– Proszę. – Podał jej kubek i kątem oka zaczął się jej przyglądać. 

Miała długie nieco falowane, naturalne włosy, które oplatały jej niewielkich rozmiarów głowę. Make-up, który nosiła na sobie, nie tworzył wrażenia, że jej twarz jest w innym odcieniu od szyi, lecz porcelanowo beżowa cera spływała jakby z czubka jej czoła aż po samą szparkę w dekolcie. Była idealnie ładna z gęstymi rzęsami, kształtnym nosem i lekko różowymi ustami, którymi właśnie oplatała krawędź kubka, wdychając aromat trunku. Miała zamknięte oczy. Tworzyło to dla niego okazję na powędrowanie wzrokiem po niej nawet niżej. Cienki sweter w lawendowym odcieniu wycięty w głęboki serek osuwał jej teraz z jednego ramienia, ujawniając białe ramiączko jej stanika, które prowadziło do koronki wychylającej się nieśmiało spoza a kryjącej jej pełne piersi.  

Barista przełknął ślinę. 

– Zapach gorzkiej kawy, potrafi przypominać o słodkich niewinnych wspomnieniach pierwszej miłości… – powiedziała nagle, otwierając oczy i kierując wzrok przed siebie.  

– Słucham? – zapytał wybity z zamyślenia. Zrozumiał, co powiedziała, ale nie był pewien czy mówi do niego.  

– Ach nic. Po prostu mówiłam do siebie.  

– Acha – odpowiedział. Przypomniało mu się, że potrzebuje kawy na przebudzenie. – Czy będzie miała pani coś przeciwko jeżeli też zrobię sobie kawę? Nie miałem jeszcze okazji się napić.  

– Ależ skąd. Czy wyglądam na taką, której mogłoby to przeszkadzać? – Podniosła na niego wzrok. W jej głosie była pewność, ale jej źrenice drgały. 

Po tak nagłym wparowaniu tutaj i bezprecedensowym zamówieniu — owszem. Pomyślał, nie wiedząc, czego można się po niej znowu spodziewać.  

– Nie wygląda, pani.  

– Nie miałam innego wyjścia, jak skryć się przed deszczem tutaj. Jestem zbyt przywiązana do swoich butów, a wszystko jest jeszcze zamknięte – powiedziała do mężczyzny odwróconego do niej plecami. 

Chciał powiedzieć: tutaj też jest zamknięte, ale ugryzł się w język.  

– Muszą być drogie? – zapytał. 

– Nie, raczej niosą ze sobą wiele wspomnień.  

– W takim razie, te wspomnienia muszą być drogie. 

– Tak, to się akurat zgadza. To wspomnienia jeszcze ze studiów. Niby tak bliskie, a już tak odległe. Jak ten czas leci… – Westchnęła. 

– Czyli już po studiach? Powiedziałbym, że pani cały czas studiuje. Wygląda pani młodo – skomplementował ją, ale miał to w zwyczaju także wobec innych klientek. Tym razem był jednak zupełnie szczery. 

– Co mi po tym? – Przełknęła powoli powietrze po raz kolejny. – A pan też skończył uniwersytet? – zadała dość bezpośrednie pytanie. 

Stanął za ladą z kubkiem ciepłego americano w ręku. 

– Tak, ja też jestem po studiach. Studiowałem w Seulu, potem wróciłem w swoje rodzinne strony – odpowiedział. 

– Seul był zbyt przytłaczający?  

– Nie sam Seul, a bardziej praca, która nie spełniła moich oczekiwań.  

– A co było z nią nie tak? – dziewczyna zadała kolejne pytanie na skraju granicy grzeczności. 

– Skończyłem studia graficzne i myślałem, że będzie to bardziej kreatywna praca, ale jak się okazało, byłem tylko ołówkiem w cudzych rękach. 

– O, czyli pan też jest po studiach artystycznych? – Uniosła na niego wzrok, zatrzymując na chwilę dłużej. 

– Tak, a pani też? 

– Ja skończyłam malarstwo. – Napiła się kawy. – Też w Seulu – dodała. 

– O, a mogę zapytać, gdzie?  

Na pierwszy rzut oka nie wyglądała dla niego na turystkę i nawet wydała mu się znajoma z widzenia, więc nie posądzał ją o to, że jest ze stolicy. 

– Na Uniwersytecie Hongik4. – Wzięła kolejnego łyczka. 

– No, co pani mówi? Przecież ja też tam studiowałem. – Z podekscytowania tym faktem uderzył dłonią o blat. Musiał przyznać, że ucieszył się tym, że coś ich łączy.  

– Ha, ha. Cóż za zbieg okoliczności, sonbaenim5. – Uśmiechnęła się.  

– Skąd pani wie, że jestem starszy. Czy aż tak to po mnie widać? – Postawił na lekko zaczepny ton, żeby zmniejszyć poczucie dystansu. 

– Czy nie mówimy ‘oppa6’ do każdego mężczyzny, który odniósł sukces? – odpowiedziała z tą samą nutą w głosie. 

– Sukces to pojęcie względne. Jeżeli stała grupa klientów i spełnienie zawodowe oznaczają sukces, to chyba faktycznie można mnie tak określić. – Kąciki jego ust uniosły się w wyrazie satysfakcji. – Jaki był numer pani roku na studiach? 

Jej grymas też wydawał się teraz pogodniejszy. Trzymała kubek obydwiema dłońmi, patrząc się wciąż na wprost. 

– Rocznik 137.  

– To możliwe, że się nawet minęliśmy na kampusie. Ja jestem z rocznika 10. 

Zamyślił się na chwilę. 

– Kiedy to oglądaliśmy wspólnie filmy, choć trzymał inną za rękę… – powiedziała półszeptem dziewczyna. 

– Słucham?  

– Ach nic. Po prostu mówiłam do siebie. 

Dziewczyna zaczynała go coraz bardziej intrygować. Jej wygląd przemówił już do niego na samym początku, teraz jej artystyczne usposobienie i te urywki jej myśli, w których zdawało się, że mówi wierszem, pociągały go w niewyjaśniony sposób. 

– Lubi pani kino? – Zaczerpnął wątek z jej wypowiedzi. 

– Tak, lubię.  

– Ja też. Na studiach byłem nawet w kółku filmowym. Zwykliśmy robić sobie wieczory filmowe w ‘budynku naukowym’. – Tym razem to on zapatrzył się przed siebie. Nagle krople deszczu pełznące po szybach lokalu wydały mu się poruszać wstecz, przywołując stare wspomnienia. – Wyświetlaliśmy filmy na ścianie. Było nas sporo, więc część siedziała na ławkach, a część na podłodze. Najpierw obejrzeliśmy cały repertuar… 

– Park Chan Wook – powiedziała nagle. 

– Tak, Park Chan Wook. Skąd pani wiedziała? 

– Park Chan Wook, mój ulubiony reżyser – dodała. 

– Ha, ha. A już myślałam, że czyta mi pani w myślach. Zaczęliśmy właśnie od Park Chan Wook, potem Bong Joon Ho i tak dalej. Filmy spędzały nam sen z powiek.  

– Teraz to wszystko wydaje się snem przez mgłę, ale takim, który wyrył się w pamięci… 

– Słucham?  

– Ach, znowu musiałam zacząć mówić do siebie. – Uśmiechnęła się, podnosząc tylko jeden kącik ust. 

Było w tym wyrazie twarzy coś uwodzicielskiego. A może to jej włosy, które przy odwróceniu się lekko w przeciwną stronę opadły na jej gołe ramię i zakryły kawałek jej piersi. 

Przełknął ślinę. 

– Ale wie pani co? Ma to jakiś sens. Te wszystkie chwile są teraz jak klatki ze starego filmu — zamglone i nie wyraziste, jednak ciągle żywe. 

– Hmm… – Dziewczyna westchnęła. 

Mężczyzna usłyszał głos dobiegający z jej żołądka. Jego wzrok cały czas mimowolnie podążał w jej stronę. Kątem oka zauważył, jak łapie się za brzuch. Wiedział już, że nie może jej stąd tak po prostu wypuścić. Przez te kilkanaście minut rozmowy zdążyła skruszyć tę część jego zatwardziałego serca, która mówiła mu, żeby nie wdawał się w kolejne poważne związki. Teraz musiał złamać swoje twarde zasady i zapytać się jej o dane kontaktowe.  

Wyciągnął spod lady ciastko z orzechami makadamii. W ten sposób może uda mi się ją tutaj przetrzymać do obiadu. Moglibyśmy pójść razem na makaron gryczany z sashimi. Zadowolony z siebie przesunął talerzyk z ciastkiem pod jej nos. 

– Na koszt firmy.  

Dziewczyna, która właśnie opierała brodę o rękę podpartą na blacie, spojrzała raz na ciastko przed nią raz na baristę stojącego nad nią. 

– Niestety, podziękuję. Nie mogę nic jeść i nie mam apetytu – powiedziała. 

Chłopak sponurzał.  

– Nawet to jedno niewinne ciasteczko? – Próbował zmienić jej zdanie swoim urokiem osobistym.  

Spojrzał na różowy plaster na swoim palcu. To musiał być ostatni raz, kiedy mizdrzyłem się tak do kogoś.  

Dziewczyna pokiwała tylko przecząco głową. 

– Chyba nie chodzi o dietę, bo nie wygląda na to, żeby była tutaj potrzebna – powiedział. 

– Zgadza się to dieta. Jutro idę na ślub. 

– To cały czas jeszcze obowiązuje swatanie na ślubach? Już dawno nie byłem, ale pamiętam, że kumple też się stroili jak na własne wesele w nadziei, że spotkają na nim swoją drugą połówkę. Ha, ha. 

– To jest własne wesele – odpowiedziała, cały czas nie zmieniając pozycji. 

– Tak? Czyli mówi mi pani, że wychodzi jutro za mąż?  

– Zgadza się. 

Barista poczuł ukłucie w sercu. 

– Więc co tu pani robi dzień przed ślubem? Czy narzeczony jest z Sokcho? – zapytał niedowierzająco. 

– Nie, jest z Seulu. Ma dom w centrum Gangnam, jeździ najdroższym modelem Genesis. Jest około mojego wzrostu, trochę łysiejący, ale do ślubu zrobił sobie przeszczep włosów. – Wzięła kolejnego łyka kawy.  

Dopiero wtedy mężczyzna zauważył, że popija ją jakby niemal piła soju8 — za każdym razem robiąc zdegustowaną minę. Zastanawiało go, dlaczego wyjawiła nagle szczegóły, o które nawet ją nie pytano? Nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Nie wyglądała jak, pełna oczekiwania na nową drogę życia, panna młoda.  

– Co tu pani robi dzień przed ślubem? – powtórzył pytanie. 

– To taka moja ostatnia panieńska wycieczka.  

– Acha… – Zatkało go. Ostatnie pół godziny wzbudziło w nim emocje, o których istnieniu już dawno zapomniał i kumulowało w nim uczucia, których być może jeszcze nie doświadczył. A nagle zdawało się zostać na siłę wycięte jak nieudana klatka z filmu. Nie wiedzieć czemu zrobiło mu się słabo, jakby chciał cofnąć stan swojego serca do stanu sprzed jej poznania, ale teraźniejszy stan nie dawał za wygraną.  

– Czy warto by było wtedy modlić się o śmiałość, zebrać w sobie ostatki odwagi. Nikt tego nie wie, a teraz już za późno… – wybełkotała znowu dziewczyna.  

– Słu… – nie dokończył pytania, orientując się, że znowu mówi pod nosem. – Nie wydajesz się szczęśliwa jak na kogoś, kogo ma jutro spotkać najpiękniejszy dzień w życiu – powiedział w końcu.  

– A czym jest szczęście? – Nagle podniosła na niego wzrok, opierając cały policzek o wnętrze swojej dłoni. 

Dopiero teraz miał szansę przyjrzeć się jej oczom, ale jej przeszywające spojrzenie go onieśmieliło. Zaczął nerwowo porządkować kubki na blacie. 

– Hmm… szczęście. Szczęście to też pojęcie względne… Czy nie jest to stan duszy? Swojego rodzaju spełnienie? Pokój? – przecierając kolejną szklankę, skierował wzrok znowu na nią. Patrzyła się na jego ręce. 

– Kto wie, może bycie panią domu przyniesie mi szczęście? Może codzienne zastawianie stołu do śniadania mojemu mężowi, wymyślanie nowych banchan9 i testowanie przepisów da mi spełnienie? A może stanę się jedną z tych, żyjących na utrzymaniu męża i chwalących się tym, jakimi są dobrymi połówkami i mamami, w głębi duszy zaś tłumiących głęboką depresję z powodu tego, z czego musiały zrezygnować? – mówiła z obojętnością w tonie. 

Mężczyzna mimowolnie wyobraził ją sobie w swojej kuchni. Był ranek, ona stała odwrócona plecami do niego w tym samym swetrze i tylko w swetrze, bez niczego pod spodem. On zaszedł ją od tyłu, obejmując jedną ręką w tali, drugą szukając jej piersi pod miękkim moherowym dekoltem. Pochylił się, wąchając jej włosy. Pachniały espresso.   

– Lepsze to niż życie w oneroom10 i chodzenie cały czas w tych samych butach, które przywołują tylko smutne wspomnienia – dodała.  

To go wyrwało z, niebędącego na miejscu, snu na jawie.  

– Kupię ci nowe buty – powiedział, nagle schodząc na nieformalny ton11.  

– Ha, ha. – Zaśmiała się pod nosem. Spojrzała na niego. – Dziękuję. To była przenośnia. Mam też inne buty. 

Dla niego ‘kupno butów’ to też była przenośnia. Forma wyznania, ale odpowiedział na jej reakcję tym samym — śmiechem. Jej wzrok go znowu speszył, choć tym razem zdążył na chwilę zagłębić się w jej spojrzeniu. Gdyby nie to, że miała być od jutra czyjąś żoną, czuł, że mógłby z tymi oczami zaznajomić się na dłużej. Miał pewność siebie w stosunkach męsko-damskich. Zerknął na jej dłonie. Nie ma pierścionka. Czyżby to był znak, że do dzisiaj jest wolna. Szansa, żeby ktoś ją odciągnął od ołtarza? Nagle nawiedziły go setki myśli. Czy ten wyzywający dekolt ma coś sugerować? Noc ze mną na pewno sprawiłaby, że wyrobiłaby sobie nowe pojęcie szczęścia. 

– Nie masz pierścionka? – zapytał, nie tracąc czasu na formy grzecznościowe i burząc dystans po najkrótszej linii oporu. 

– Od jutra będę nosiła obrączkę aż do znudzenia.  

– Więc dzisiaj pozostaje dzisiaj, a od jutra zaczynasz nowe życie? – zapytał, żeby wybadać, czy idzie dobrym tropem. 

– Chyba można tak to ująć.  

W jego wnętrzu budowało się coraz to większe napięcie. Zrobiło mu się ciepło.  

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym włączył klimę? – Był wrzesień i cieplejsze letnie dni już przeminęły. – Czyli zakładasz, że możesz skończyć w całkiem niezadawalającym stanie, wchodząc w to małżeństwo. – Torował sobie drogę. 

– Ale mogę równie dobrze skończyć jako ceniona artystka, która dzięki wsparciu finansowemu męża mogła sięgnąć po swoje marzenia. Tego scenariusza się trzymam.  

Teraz chłopak był zdezorientowany. To jesteś szczęśliwa czy nie? Chcesz tego czy nie? Zaczęły w nim narastać negatywne uczucia.  

– To tylko wiersz na pożegnanie, żeby nie wracać myślami do przeszłości… – powiedziała przyciszonym głosem. 

– Słucham?! – Tym razem jego ton był podniesiony, lekko zaprawiony podirytowaniem. 

Od dawna miał problem z zaburzeniami kontroli złości, kiedy nie mógł dostać tego, co chciał. Spojrzał znów na różowy plaster na jego palcu. Zagryzł zęby. 

– Ach nic. Po prostu… 

– Tak wiem. Po prostu mówiłaś do siebie – przerwał jej w połowie, siląc się na uśmiech. Liczył, że szanse nie są jeszcze zaprzepaszczone.  

Dziewczyna była spokojna, zupełnie jakby nie była zdziwiona jego reakcją, ale jej oczy wydały mu się szkliste.  

Weź się w garść. Być może to miłość twojego życia, a ty nie możesz nawet na ten krótki czas pohamować emocji, które niszczyły kolejne związki w twoim życiu? Zacisnął pięść. Potrzebuję chwili, żeby ochłonąć.  
– Poczekaj chwilkę, skorzystam tylko z toalety – powiedział. 

Nie mówiąc nic, skinęła tylko głową.  

Podświadomie czuł, że to przypadkowe spotkanie mogło być punktem zwrotnym w jego życiu. Chciał się zmienić teraz dla niej — nieznajomej, która przez zaledwie godzinę ich rozmowy miotała jego uczuciami, niczym niesionymi przez porywisty wiatr — na wszystkie strony. Wziął kilka głębokich wdechów, przeglądnął się w lustrze, żeby podbudować pewność siebie. 

Za płócienną zasłoną oddzielającą część roboczą od kawiarni słychać było cały czas kojące dźwięki jazzu i stukot kropli deszczu obijających się o witrynę.  

Kawiarnię zastał pustą. Drzwi wejściowe były lekko odsunięte, wpuszczając do wnętrza ulewę, która łączyła się z istniejącą już kałużą, która została po parasolu. Najpierw instynktownie zerknął do jej kubka. Kawa była prawie nieruszona. Czemu więc zamówiła espresso? Pomyślał. 

Podszedł do drzwi, żeby ją zawrócić, ale mimo że narażając się na zmoknięcie, wychylił się, dziewczyny nie było w zasięgu jego pola widzenia.  

Wąska uliczka tonęła w strugach deszczu, a woda wzbierała niebezpiecznie pod sam próg. 

O co tu chodzi? Może zaraz wróci? I wtedy zobaczył obraz zawieszony na gwoździu, który kilka godzin temu nabawił go skaleczenia. Przedstawiał parę siedzącą tyłem — dziewczyna z głową opartą o ramię partnera oraz małą postać w rogu, która stała za projektorem — dziewczyna z włosami sięgającymi jej do pasa. Sięgnął po obraz, żeby przyjrzeć się jej z bliska, gdy coś zza niego wypadło prosto pod jego stopy. Na małej karteczce zgiętej wpół widniało:  

To tylko wiersz na pożegnanie, żeby nie wracać myślami do przeszłości. Do Deong Seok sonbaenim. 

Nogi zrobiły się u niego jak z waty. Z przykucniętej pozycji, w której czytał liścik, przysiadł na podłodze, opierając łokcie o kolana.  

Kątem prawego oka zauważył coś pod krzesłem, na którym jeszcze kilka minut temu siedziała dziewczyna. Były to jej przemoknięte zamszowe mokasyny.  


1 Raisin art – w dosłownym tłumaczeniu ‘sztuka żywicy’. Sztuka z wykorzystaniem syntetycznej żywicy. 

2 Sokcho – nadmorskie turystyczne miasteczko nad wschodnim wybrzeżem Korei Południowej. 

3 Apeach – Jedna z postaci koreańskiego komiksu Kakao Friends, wzorowana na owocu brzoskwini, w różowym kolorze. 

4 Uniwersytet Hongik – najbardziej prestiżowy uniwersytet artystyczny w Korei, z głównym kampusem w Seulu. 

5 Sonbaenim – grzecznościowe zawołanie na osobę starszą rocznikiem, na studiach.  

6 Oppa – starszy brat po koreańsku, lub zawołanie na starszego od siebie mężczyznę w wypadku kobiety. 

7 Sposób w jaki mówi się w Korei o roku rozpoczęcia studiów to dwie pierwsze cyfry numeru studenta na uniwersytecie, będące też ostatnimi cyframi danego roku.  

8 Soju – koreański bezbarwny trunek alkoholowy produkowany głównie na bazie ryżu. Przeciętne soju zawiera ok 16% alkoholu. 

9 Banchan – przystawki do ryżu. 

10 Oneroom – koreańskie określenie na kawalerkę. 

11 W Korei używa się formy grzecznościowej w stosunku do nowo poznanych osób nawet jeżeli wydają się być podobne wiekiem.  

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ DRUGA)

PERŁA I WILKI


Minho leżał na łóżku na wpół nagi z rękami splecionymi pod głową, wpatrując się w sufit. Spojrzał na telefon, leżący na stoliku obok, aby upewnić się tylko, że znowu obudził się przed budzikiem. Zegarek wskazywał piątą rano. Westchnął głośno i ponownie skierował wzrok na sufit, myśląc o tym, co mu się przyśniło. Znowu ten sen. Zgraja wilków goniąca za nim przez las. W końcu wpada w wielką dziurę wydrążoną w ziemi, a wilki otaczają go, wyjąc i warcząc. Zawsze budzi się w momencie, kiedy jeden z wilków próbuje do niego skoczyć. Sen zaczął pojawiać się po tym, jak dostał pracę w jednej z większych korporacji – prestiżowe stanowisko, nie ukrywając, będące w dużej mierze zasługą znajomości jego ojca. Wyglądało to tak: codzienne nadgodziny, praca w weekendy, częste kolacje firmowe i picie do białego rana, po czym szybki prysznic na rozbudzenie i znowu praca. Jednym słowem kołowrotek i brak czasu na to, żeby nawet wydać zarobione pieniądze. To właśnie, już od pięciu lat, była codzienność Minho.
Dorastał w bogatej rodzinie. Jego ojciec był szefem dużego przedsiębiorstwa, więc mógł zapewnić mu wszystko: najlepszą edukację, dodatkowe lekcje u drogich korepetytorów, studia na prestiżowej uczelni za granicą. Na szczęście Minho od dzieciństwa sam z siebie był żądny wiedzy, chętnie czytał, a nauka nie sprawiła mu większego kłopotu. Zawsze był wdzięczny rodzicom za wysiłek włożony w jego wychowanie, dlatego był bezproblemowym synem, zgadzającym się, w większości spraw, z ich decyzjami. Po bankructwie firmy ojca, chłopak stał się w pewnym stopniu odpowiedzialny za utrzymanie poziomu ich życia. Chciał im zapewnić byt w podobnym standardzie jak dawniej i był gotów podjąć się wielu wyrzeczeń. Miał plan, by szybko wspiąć się po szczeblach kariery i dzięki doświadczeniu, które zdobędzie, otworzyć w końcu, własną firmę. Przynajmniej tak mu się wydawało na samym początku. Minho był trochę idealistą i miał skłonność do przeceniania swoich możliwości. Cóż, do tej pory jego życie było usłane różami. Nie miał większych powodów do zmartwień i narzekania. Myślał, że samo bycie niezależnym finansowo mogłoby go w pełni usatysfakcjonować i że spełnianie oczekiwań rodziców to jego pierwszorzędny obowiązek. W końcu był jedynakiem z dużym poczuciem odpowiedzialności za rodzinę. Nie wiedząc jednak czemu, stracił zapał szybciej, niż myślał. Życie w hierarchii koreańskiej korporacji dało mu się we znaki i po pięciu latach za biurkiem czuł, że wypalił się do ostatniej iskierki. Musiał przystopować.
Cały czas wpatrując się w sufit, sięgnął znowu po telefon i włączył swoje ulubione hawajskie melodie, które potrafiły go chociaż trochę zrelaksować, przypominając mu czasy studiów i wypady na surfing, na Hawaje. Wracał myślami do wiatru we włosach i chwil beztroski, kiedy nie musiał się martwić o to, co będzie dalej. Obracając się na bok, poczuł nagle zapach jaśminu unoszący się z poszewki – zapach szamponu Riny, który został po nocach spędzonych razem. „No tak, znowu zapomniałem, żeby ją wyprać”, pomyślał.
Rozstał się z Riną już prawie dwa tygodnie temu, ku wielkiemu sprzeciwowi rodziców, a w szczególności mamy, która niemal wybrała mu partnerkę, swatając go z córką dobrze ustawionych znajomych. Oczywiście nie zdecydowałby się na związek z nią, gdyby nie była w jego typie. Była bardzo ładna, choć nie naturalnie piękna, a raczej wyrzeźbiona zgrabną ręką i skalpelem chirurga: gęste błyszczące włosy, biała cera, wysoki nos, duże usta, duże oczy. Figurę miała niczym dziewczyna z Maxima: duże piersi, podniesione pośladki, klepsydrowa talia – jednym słowem ideał koreańskiego standardu urody. Czy mogło mu to przeszkadzać? Nie, oczywiście na początku był nią oczarowany. Rina nie tylko była idealna. Wydawało się też, że mają dużo wspólnego. Lubili te same filmy, muzykę, lubili chodzić na siłownię, wyrośli w podobnym elitarnym otoczeniu i obydwoje doświadczyli życia w USA. Nic więc dziwnego, że szybko pomiędzy nimi zaiskrzyło, a ich rozmowy skupiły się na planowaniu wspólnej przyszłości. Rina lubiła też mamę Minho i w bardzo umiejętny sposób potrafiła jej się przypodobać, najczęściej drogimi upominkami i zapraszaniem jej do najlepszych spa. Jej ojciec był milionerem, więc Rina spała na fortunie. Luksusowe marki, najdroższe samochody, penthouse w samym centrum Gangnamu10, prywatni trenerzy fitness i zabiegi kosmetyczne były dla niej codziennością. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze idealnego faceta. Minho spełniał jej wymagania: był wysoki i przystojny, miał pełne usta, nieco orli nos, lekko skośne, ciemnobrunatne oczy, z których jedno miało bardziej opadniętą powiekę niż drugie i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Jego wyjątkowo szerokie barki dodawały kształtu jego muskularnej sylwetce. Nie zaliczał się może do seulskiej elity, ale pracował w renomowanej firmie, był dobrze wychowany i inny niż reszta zadufanych w sobie chłopaków z jej otoczenia – był po prostu dobrym człowiekiem, o dobrych wartościach. Pieniądze nie były dla niego wszystkim. Rina miała dosyć na koncie, żeby nie martwił jej status finansowy partnera. Minho też nie przeszkadzało to, że Rina była znacznie bogatsza od niego, a widząc troskę dziewczyny o jego rodziców, był pewien, że dzięki niej w pewnym stopniu będzie mógł zre- kompensować rodzicom to, co zostało im odebrane po bankructwie firmy ojca.
Na początku ich związek sprawiał wrażenie idealnego. Byli jak typowa instagramowa para. Po pewnym czasie ten układ zaczął wykańczać go równie mocno, jak korporacyjny wyścig szczurów. Wiedział, że długo nie pociągnie w relacji, w której przestał się odnajdywać. Postanowił zadbać wreszcie o siebie i odciążyć głowę. Na pierwszy odstrzał poszła Rina. Nie była to dla niego łatwa decyzja, ale wiedział, że dla dobra wszystkich potrzebuje od niej odpocząć. On też już nie był taki słodki i uroczy jak trzy lata temu – na początku ich związku. Ciągle przemęczony nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom wobec randek i czasu spędzanego razem. Męczyło go jej ciągłe kry- tykowanie innych i narzekanie na wszystko, mimo że przecież miała więcej, niż ktokolwiek i kiedykolwiek mógłby sobie nawet zamarzyć. Coraz bardziej przeszkadzało mu to, że przechwa- lała się swoim statusem, swoim wykształceniem – również kupionym jej przez rodziców. Z czasem sama jej uroda przestała być wystarczająca, a wręcz zaczęła razić go swoją nienaturalnością: sztucznie wyrzeźbione ciało, twarz lalki, laminowany uśmiech na zawołanie, wymuszona grzeczność, pogardzanie innymi, brak tematów do rozmów – lista argumentów przeciw wspólnemu życiu z dnia na dzień robiła się coraz dłuższa.

Coraz dotkliwiej czuł, że jako wysoki przystojniak jest dla niej po prostu dodatkiem do drogich ubrań i dobrą bazą genów dla ich przyszłych dzieci. Przy rozstaniu były łzy, awantura i szantaż, ale Minho postawił w końcu na swoim. Czuł się z tym lepiej. Zyskał czas na czytanie książek. Stracił nagrzaną pościel i zapach jaśminu unoszący się w sypialni, gdy budził się nad ranem.
Minho sięgnął po telefon. Odruchowo sprawdził portal z wiadomościami ze świata, „kolejny powód do bólu głowy”. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech. „Może i zostało mi jeszcze kilka piekielnych dni podlizywania się przełożonym, ale już niebawem to wszystko się skończy”, pomyślał. Nowy rozdział w jego życiu wreszcie się zacznie, skończą się nocne pogonie wilków, a on nabierze sił na nowy start i odnajdzie swoje prawdziwe pragnienia, czyli to, co zawsze kryło się pod powłoką wymagań rodziców.


10. Gangnam  – jedna z  dwudziestu pięciu dzielnic Seulu, położona w  połu- dniowo-wschodniej części miasta, znana z wysokiego poziomu bogactwa i standardu życia.

KSIĄŻKA ROZDZIAŁ 1 (CZĘŚĆ PIERWSZA)

PERŁA I WILKI


Promienie słoneczne wdarły się poprzez cienkie poliestrowe zasłony, rozjaśniając wnętrze małego skromnego pokoju, w którym na wpół rozbudzona Hemi1 leżała na cienkim materacu na podłodze. To nie słońce ją zbudziło, a wiatr gwałtownie obijający się o szyby. Mimo że mieszkała tu od kiedy sięga pamięcią, zawsze odnosiła wrażenie, że pewnego dnia cienkie szkło przegra z siłą nadmorskiego wiatru.
Budzik wskazywał dopiero szóstą nad ranem i jej ciało wciąż tkwiło w pozycji na wznak. Jednak jej myśli były już daleko poza zasięgiem ludzkiego oka – w otchłaniach morza.
Nurkując coraz niżej ku dnie oceanu, zobaczyła nagle bijącą skądś światłość. W bardziej pogodne dni zdarzało się, że promienie słońca, przebijając głębiny morskie niczym ostrze sztyletu, odbijały się gdzieś od odpadków spoczywających na dnie i migotały blaskiem. Hemi miała nawet w zwyczaju wyławiać takie odpadki, przez co dorobiła się ksywki „podwodnej sprzątaczki”. Tym razem jednak oślepiająca ją jasność była jakaś inna. Z narastaniem światła usłyszała dobiegające z głębi szepty. Głosy zdawały się mówić:
– Ależ to piękne! To prawdziwy skarb! Ten, który to wyłowi, stanie się bogaczem.
Kierując się w stronę odgłosów i podążając śladem promieni, dostrzegła w końcu zarys wyszeptanego z otchłani skarbu – lśniącej masą perłową ogromnej małży, otwartej na tyle, że można było ujrzeć skrywającą się w niej, nadzwyczajnych rozmiarów, perłę. Mogła być ona nawet wielkości jej dłoni. „O tak! W końcu lata spędzone na penetrowaniu morza na coś się przydały!”, pomyślała Hemi i popłynęła trochę szybciej w stronę dna, skąd wzywał ją skarb morza. Im bardziej zbliżała się do muszli, tym wyraźniej widziała, jak drogocenna i piękna ona jest. Wystarczyłaby na utrzymanie jej mamy i babci oraz na spełnienie swoich „zacnych planów”.
Płynęła powoli i rytmicznie, żeby nie forsować ciała, ale już czuła kłucie w piersiach i narastający ból głowy. Postanowiła jednak wytrzymać jeszcze kilka sekund i spróbować podpłynąć bliżej. Niestety ból stał się na tyle nie do zniesienia, że musiała wynurzyć się, by zaczerpnąć na nowo powietrza. Wzięła głęboki wdech i zanurkowała ponownie. Tym razem wiedziała, że wystarczy płynąć prosto w dół. Kierując się w głąb oceanu, zdała sobie sprawę, że bijący wcześniej z otchłani blask gdzieś zaniknął. Płynęła i płynęła, aż dotarła do dna, gdzie czekało na nią tylko kilka skałek porośniętych glonami. Była pewna, że wcześniej widziała pomiędzy nimi skarb morza. „Czyżby per- ła została porwana z prądem morskim?”. Na resztkach tlenu opłynęła całą okolicę, ale śladu perły nie odnalazła. Pod presją braku oddechu, który już silnie odbijał się na jej płucach, musiała zaniechać dalszych poszukiwań. W panice kierując się ku powierzchni wody, czuła coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej. Była już tuż, tuż – niemal pod samą taflą –, gdy nagle otworzyła oczy wyrwana z wycieńczającego ją snu.
Ciepłe promienie słoneczne wkradały się do pokoju, a wiatr wciąż obijał się o szyby. Hemi znowu dała się porwać zmęczeniu i na chwilę zapadła w sen.
Nie był to pierwszy raz, kiedy jej się ten sen przyśnił. Pojawiał się, od kiedy skończyła dwadzieścia lat, a ostatnio śnił jej się z coraz większą częstotliwością i wydawał się coraz bardziej realny. Za każdym razem po przebudzeniu przepełniało ją dziwne, słodko-gorzkie uczucie. Tak, jakby coś, o czym zawsze skrycie marzyła, zostało jej dane i odebrane w jednej chwili. Nie było to coś, bez czego nie potrafiłaby żyć, ale gdy wreszcie miała to w zasięgu swych rąk, ciężko było jej to wypuścić. Oczami wyobraźni skarb był już jej własnością, a nagle znikał zupełnie z jej pola widzenia.
Najdziwniejsze jest to, że Hemi wcale nie była przywiązana do rzeczy materialnych. Cieszyło ją spokojne, nadmorsko-wiejskie życie z dala od zgiełku. Nie zależało jej na modnych ubraniach, drogich kosmetykach czy najnowszym telefonie. Gdyby jednak tylko miała szansę sprezentować rodzinie większy dom, by odciążyć babcię i matkę na stare lata, to nie wahałaby się podjąć wyzwania i wstrzymać oddech na trochę dłużej, niż miała to w zwyczaju robić.

Babcia zawsze powtarzała, żeby nie tracić niepotrzebnie zdrowia dla błahych ambicji.
– Kilka groszy więcej nie uratuje świata, a tylko ci się cycki skurczą pod wpływem ciśnienia – mawiała żartobliwie.
I choć Hemi, mimo swojego młodego wieku, ale dzięki wielkiej pasji do morza i umiejętnościom, mogła dostać już tytuł haenyeo2 wyższej rangi, wciąż kwalifikowała się do średniej klasy.
Już wybór jej zawodu mówił sam za siebie – brak większych ambicji i brak pożądania dóbr materialnych. Nie oznacza to bynajmniej, że haenyeo jest zawodem o niskich zarobkach. W dużej mierze zależą one od własnego wysiłku i odrobiny szczęścia albo, jak wierzyła większość haenyeo, od relacji z „boginią morza”. Ale czy ktoś kiedykolwiek widział haenyeo w futrze z norek i z to- rebką od Gucciego paradującą po powulkanicznym wybrzeżu?
Hemi uwielbiała spędzać czas z rodziną, kochała wyspę Jeju, kochała morze i nie pociągało jej wielkomiejskie życie. W przeciwieństwie do większości koleżanek ze szkolnych czasów, które zarywały noce, by dostać się na lepsze uniwersytety w Seulu lub wydostać się gdziekolwiek „na ląd”, Hemi od samego początku wiedziała, że pójdzie tą samą wąską drogą co matka i babcia i zostanie „kobietą morza”. Nawet jej imię oznaczało „piękno morza”. Właśnie w takim pięknym według niej oceanie była zakochana od dzieciństwa.
Mogłoby się zdawać, że jako osoba pracująca fizycznie, była niedouczona. Dziewczyna poszła jednak do liceum i miała całkiem niezłe wyniki w nauce. Starała się po prostu skupiać na tym, co ją interesowało i co mogło przydać jej się kiedyś w zawodzie haenyeo. Matka nie zmuszała jej do nauki, jak to zwykła czynić większość koreańskich matek. Ufała jej wyborom.
Po ciężkim dniu połowów Hemi lubiła zasiąść nad dobrą książką na ławce przed domem, wsłuchując się w kojący dźwięk morskich fal i popijając ciepłą herbatę z kwiatów chryzantemy. Nie interesowały jej portale społecznościowe, kariera, imprezy, czyli wszystko to, co tak bardzo liczyło się dla jej rówieśników. Wpatrywanie się w bezkres oceanu, blask księżyca odbijający się na tafli, ośmiornice oplatające jej dłonie w czasie połowów, wiatr przedzierający się przez jej gęste rzęsy, wspinanie się na pagórki, by podziwiać nadmorskie panoramy, pogawędki ze starszymi haenyeo, bieganie z psem i za psem po łąkach – tego za nic na świecie nie mogłaby zostawić i zamienić na miejskie życie.
Dzień pracy jako haenyeo i związana z tym rutyna wcale nie były łatwiejsze od innych prac fizycznych, ale Hemi dawały dużo satysfakcji. Tego dnia wstała o świcie, o szóstej trzydzieści. Przemyła twarz lodowatą wodą, po czym zasiadła do śniadania ugotowanego przez mamę. Jadła przy małym, inkrustowanym masą perłową stoliku, siedząc na podłodze wraz z mamą i babcią. Zdarzało się, że to Hemi przygotowywała śniadanie, wtedy wstawała o szóstej. Na stole gościły zawsze ryż, kimchi3, glony z olejem sezamowym i suszone ośmiornice. Pozostałe przystawki banchan4 i rodzaj zupy serwowanej do ryżu zmieniały się najczęściej w zależności od tego, co udało się wyłowić. Dziś mama przygotowała zupę z pasty sojowej z małżami, tofu i cukinią. Zapach zupy roznosił się po całej chałupce. „Dzień zaczęty zupą sojową nie może być złym dniem”, pomyślała sobie Hemi, nastawiając się pozytywnie od rana.
Po krótkim śniadaniu umyła naczynia i przed wyjściem z domu w pośpiechu wyszczotkowała zęby. Na koniec posmarowała twarz kremem przeciwsłonecznym. Jeansy i podkoszulek włożyła, będąc już jedną nogą na przedsionku chaty. Była trochę roztrzepana i często zdarzało jej się założyć T-shirt tył na przód, nie dopiąć rozporka albo nie domyć pasty do zębów z twarzy.
Zabrała sieci, swoje i babci, z przymocowaną do nich olbrzymią jaskrawopomarańczową boją, i pierwsza poszła do przebieralni haenyeo nad morzem, która znajdowała się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu. Jej pies – Pado5 – jak zawsze obszczekiwał ją na pożegnanie.
– Do zobaczenia za kilka godzin, futrzaku – powiedziała, głaszcząc jego białą czuprynę.
Jako najmłodsza z grupy zawsze musiała być pierwsza w przebieralni. Jej rola sprowadzała się do nacierania gogli do nurkowania bylicą6 i pastą do zębów, co miało zapobiegać zaparowywaniu szkiełek pod wodą. Przygotowywała także dla każdej z haenyeo porcję leków, które są niezbędne, by przetrwać dzień w głębinach morza.
Oddział haenyeo, do którego należała Hemi, liczył łącznie piętnaście kobiet. W najwyższej grupie wiekowej, w której była jej babcia, było sześć haenyeo, z których najstarsza miała osiemdziesiąt siedem lat. Babcia Hemi miała siedemdziesiąt sześć lat, więc jak większość haenyeo-seniorek nurkowała już na płytszych, przybrzeżnych wodach, zaliczając się tym samym do najniższej rangi. Im płytsze wody, na których się nurkowało, czyli im mniejsza pojemność wdechu i gorsze połowy, tym niższą miało się pozycję w hierarchii haenyeo. Również zarobki były uzależnione od rangi. Na głębszych wodach o wiele łatwiej można było wyłowić dobrze opłacalne owoce morza: słuchotki, ślimaki morskie czy jeżowce, strzykwy oraz tak zwane morskie ananasy7. Zaprawione w łowach haenyeo potrafią wstrzymać oddech na ponad dwie minuty i wyłowić do kilku kilogramów na jednym wdechu. Hemi zaliczała się do grupy średniej i nurkowała na głębszych wodach, ale nie musiała być transportowana przez statek na pełne morze jak haenyeo z najwyższej grupy. Tylko raz czy dwa razy na miesiąc wyruszała kutrem ze wszystkimi haenyeo średniej i wyższej rangi na głębokowodne połowy. Zdarzało jej się też łowić z babcią przy brzegu, szczególnie w pochmurne i bardziej wietrzne dni, kiedy potrzebowała babcinej dobrej energii. Połowy zaczynały się pomiędzy siódmą trzydzieści a ósmą rano i trwały zazwyczaj od czterech dow łowach haenyeo potrafią wstrzymać sześciu godzin. Do czerwca trwał sezon na galaretówkę amansa8, która bogato pokrywała całe morskie dno. Była ona dobrym źródłem dochodów, więc wszystkie haenyeo były w pogotowiu i połowy wydłużały się do maksimum.
Po skończonej pracy i wyjściu na brzeg, Hemi pomagała każdej z cioć haenyeo zważyć wyłowione owoce morza i zajmowała się księgowością, notując każdego dnia w zeszycie, kto oraz ile kilogramów wyłowił. Zakończone połowy nie oznaczały jednak końca pracy. W domu czekało ją obrabianie wyłowionych przez nią owoców morza, suszenie glonów lub cerowanie dziurawych sieci. Kilka razy w tygodniu jechała też na targ, aby sprzedać połów lub zarobić dodatkowy grosz przy nadmorskiej knajpie polowej, przyrządzając i sprzedając turystom to, co wyłowiła.
Tego dnia była w wybornym humorze, wyruszyła więc z mamą na swoje wyznaczone terytorium z dala od brzegu. W przebieralni zaczęła się już robić wrzawa.
– Hemi, zjadłaś śniadanie?9 – zapytała jedna z babć haenyeo.
– Tak. Jestem zwarta i gotowa na dzisiejszą przygodę! – odpowiedziała Hemi, podając współtowarzyszce, przygotowane do nurkowania gogle i porcję leków.
Twarz Hemi rozpromieniła się w uśmiechu.


  1. Imiona bohaterów: 해미, Hemi (czyt. Hemi), 민호, Minho (czyt. Mino). W Korei nie ma określonej formy zapisu danego imienia w jego angielskim wydaniu. Imię o takim samym zapisie w koreańskim alfabecie, może mieć różne wersje zapisu w alfabecie angielskim, w zależności od preferencji posiadacza imienia.
  2. Haenyeo  – kor. 해녀, czyt. henjo, grupa kilku tysięcy kobiet zamieszkujących głównie południowokoreańską wyspę Jeju (czyt. dziedziu), zajmujących się połowem owoców morza bez wykorzystania butli z powietrzem.
  3. Kimchi – kor. 김치, czyt. kimczi, ostre (choć nie zawsze) kiszonki koreańskie, których najpopularniejszą formą jest kiszona na ostro kapusta pekińska.
  4. Banchan  – kor. 반찬, czyt. banczan, małe przystawki podawane do ryżu, m.in. kimchi.
  5. Pado – kor. 파도, fala.
  6. Bylica – rodzaj rośliny z tej samej rodziny co piołun. W Korei wykorzysty- wana też powszechnie w deserach.
  7. Nazwy owoców morza: słuchotka – kor. Jeonbok, 전복, czyt. dzionbok, ślimak morski – kor. sora, 소라, czyt. sora, strzykwa – inaczej ogórek morski, kor. haesam, 해삼, czyt. hesam, morski ananas – kor. meongge, 멍게, czyt. mongge.
  8. Galaretówka amansa – rodzaj glonu zawierający substancję żelującą, wykorzystywany m.in. w produkcji kosmetyków.
  9. Zapytanie o to, czy się coś zjadło, jest grzecznościowym pytaniem używanym w Korei w formie powitania.